piątek, 11 lipca 2014

Okienko - Warszawa/Śródmieście

    Okienko na rogu Polnej i Oleandrów specjalizuje się w belgijskich frytkach. Jakieś trzy lata temu belgijskie frytki stały się modne - powstało kilka kiosków czy bud z tą potrawą. Nie wiem czy wszystkie przetrwały. Na pewno niektóre rozwinęły oferte bo na samych frytach nie zajedzie się daleko. Ale są wyjątki. Takim wyjątkiem jest z pewnością Okienko.
    Czym się różni Okienko od innych frytkowni? Tym, że mają własne domowe sosy. Od lekkich majonezowych przez lekko ostre do zabójców w stylu meksykańskim. Same frytki to po prostu mrożony produkt z Belgii. Wszędzie są takie same. Ale robotę robią tu domowe sosy.
   Można kupić dużą porcję za 8 zł lub małą za 5 zł. Ostatnio porcje się zmniejszyły, a sosy trafiły na górę nowych opakowań. Niezbyt to praktyczne, ale trudno. Górne zdjęcie to porcja duża - dolne to mała.
    Okienko to najlepszy lokal z frytami w Warszawie. Lepszy mógłby być już tylko ten, który sam produkuje frytki. O! Znaleźliśmy niszę. Robimy interes.

5 starów.

PS. Duży plus - szybka realizacja zamówień. 

czwartek, 10 lipca 2014

C.K. Oberża - Warszawa/Śródmieście

    C.K. Oberża to już mała sieć. My byliśmy w filii przy ulicy Chmielnej, inny punkt jest też przy placu Teatralnym. A może jeszcze gdzieś? Knajpa próbuje naśladować Szwejka z placu Konstytucji. Trzeba przyznać, że idzie im nieźle. Na Chmielnej mają trzy piętra, dużą ilość kelnerów, sporo klientów i w miarę spoko wystrój niby na lata naste XX w.

     Wpadliśmy tu na niedzielną  zakrapianą kolację. Co zresztą pokazuje powyższe zdjęcie. Mimo osiągnięcia pewnej ilości promili we krwi jestem w stanie ocenić Oberżę. Przynajmniej tak mi się wydaje.

     Na początek śledzik trzy smaki. Smaki dotyczą głównie cebuli. W ogóle cebula rządzi w tym daniu. Za 16 zł dostajemy trzy śledzie oraz górę cebuli w śmietanie, drugą górę cebuli w jakiejś marynacie oraz kilka ogórków. Śledzia jest jak na lekarstwo, ale porównując to do oferty np. Warszawy de Luxe, gdzie za 11 zł dostajemy jakąś marną podróbę śledzia na jeszcze bardziej marnym talerzu to porcja Oberży jest królewska. Ale z pewnością maruderzy, którzy chcą więcej śledzia od cebuli będą narzekać. No cóż - takie jest życie. Nawiasem mówiąc  - pod tą cebulę też się pije wspaniale. Śledź staje się niepotrzebny.

    Na drugą czy tam piętnastą nóżkę (wszak trzeba było pić tyle ile było cebuli) poszedł tatar. Porcja też królewska, ale jakość jak z przedwojennego Powiśla. Mięso nie powiem - świeże, ale mielone na maksa. Totalnie. Jak we wspomnianej Warszawie de Luxe. A szczerze mówiąc po tatarze za 29 zł w Oberży spodziewałem się czegoś więcej. 4 stary dla tatara. 

    Porcja rzeczywiście duża i stąd pewnie spora cena. Trudno - trzeba było znów pić tyle na ile było jedzenia.

     Kotleta Jana Bechara już niewiele pamiętam - ale mogę powiedzieć, że to zwykły kurczak z jeszcze bardziej zwykłymi frytami za 29 zł w zestawie. Dość dużo. Nie wiem czy warto - chyba nie.
    W podsumowaniu warto dodać, że kelner doliczył sobie 10% za serwis. Nie wiem jak wy, ale ja tego nie lubię. Serwis powinien być wliczony w cenę dań. A żeby totalnie pogrążyć Oberżę dodam, że wybór piw jest fatalny - tylko Kompania Piwowarska. Żenada.

   Razem 3 stary z minusem - kiepski wybór piw, dobry i tani śledzik z dużą porcją cebuli (starczy do swiąt), średni ale duży tatar i totalnie zwykły kurczak za 29 zł.

Warburger - Warszawa/Mokotów

      I znowu trafiłem do burgerowni. Jak ja to robię, skoro za nimi nie przepadam. Ale z drugiej strony - La Scarpetta nie była zła... Powód wizyty jest prosty - w pobliskim Mezze była kolejka na 45 osób, więc spragniony małej kolacji wybrałem Warburgera. Na marginesie warto dodać, że knajpka znajduje się na rogu Puławskiej i Dąbrowskiego.
   

    No i co ja mam napisać o Warburgerze? Jest to typowa hipsterska burgerownia jakich wiele. Na ich usprawiedliwienie mogę napisać, że to oni byli jedni z pierwszych, a to inni zerżnęli knajpy. Ale co z tego? I tak wszystko jak z pieczątki. Niby fajne są krzesła i stoły z byle czego. Dobrze, że na stolikach oprócz chusteczek czy ręczników papierowych są także mokre serwetki. Ale to i tak nie to czego szukam. Tym bardziej, że burgery są po prostu drogie.

   Zwykły hamburger i cheesburger kosztują po 19 zł. A chilli burger, którego wówczas wszamałem 23 zł. Drogo, drogo i jeszcze raz drogo. Co dostajemy w zamian? Całkiem niezłą bułkę, z niewielkim, ale świeżym kotletem wołowym plus jakieś tam sałaty. Wszystko całkiem dobre w smaku, ale bez szału z cyklu: o, kurwa! jaki zajebisty hamburger! ja pierdolę! Nic z tych rzeczy. Moim zdaniem w przypadku chilli burgera o jakieś 10 - 13 zł za drogo.

     Razem: 3 stary. Warburger to nic specjalnego. Oczywiście burger nie jest zły, jak na hamburgera trzyma poziom. W zasadzie nic mu nie brakuje - tylko cena robi nas w przysłowiowego ch... W takim wypadku wolę Bar Hami na Bielanach, który też dostał 3 stary. Zdecydowanie.

Lodziarnia Gruszczyńscy - Białobrzegi Radomskie

   Lody z Białobrzegów to legenda. Już w latach 80. zawsze jak jechałem w kierunku Krakowa/Kielc musiałem zjeść lody w Białobrzegach. Wtedy lodziarnia mieściła się w centrum, w małym przedwojennym budyneczku. A może nie przedwojennym? Tak czy siak - niezbyt efektownym. Zawsze obok lodziarni nie było gdzie zaparkować bo absolutnie każdy musiał spróbować tutejszych lodów.

   W tej chwili władze wybudowały obwodnicę miasta, a pan Gruszczyński musiał zrobić krok naprzód - w dzisiejszych czasach ludzie są leniwi - nie po to wybudowali trasę, żeby on nadal jeździł przez miasto, bo trzeba kupić lody. Zatem jest też lodziarnia na obwodnicy - a dokładnie tuż za nią stoi fatalny dworek w stylu rokoko, w którym można kupić legendarne lody pana Gruszczyńskiego.

   Niestety klimat już nie ten sam - nowe wnętrze w stylu rokoko z polskiej wsi ze szprosami w oknach, złotymi ladami, zaokrągleniami i meblami a'la ludwik XIV. Nie robi to już na nikim wrażenia. Nuda - obrzydlistwo. Na szczęście lody tak jak kiedyś są w kultowych wiaderkach z przykrywką. Miodzio.



   A smak? Na szczęście ten sam. Jeżeli chcecie zjeść dokładnie takie lody jak kiedyś się kupowało to koniecznie znajdźcie to miejsce. Specjalność zakładu - lody grylażowe czyli coś z nutą orzecha, czekolady, kawy i czegoś tam jeszcze. inne smaki? Cytrynowe, jagodowe, truskawkowe, pistacjowe i chyba śliwkowe. Zresztą czasami się zmieniają, ale zasadniczo nie ma więcej niż osiem smaków. Pycha. Mistrzowie wśród lodów. 6 starów.


Bar Malwa - Warszawa/Chomiczówka

     Zasadniczo do barów mlecznych powinno stosować się trzystopniową ocenę: bardzo dobry, średni, bardzo zły. Stanów pośrednich właściwie nie ma. I tak też jest z Barem Malwa znajdującym się w pawilonach handlowych przy ulicy Conrada. Malwa to ważne miejsce, bowiem jest to jeden z ostatnich barów mlecznych na osiedlu z wielkiej płyty. Niestety większość już nie istnieje. Ten też jest już prywatny, ale nadal działa i to dosyć prężnie.
    W środku koniec lat 80. pełną gębą i niewiele klientów. Była dopiero 12ta, więc największy tłok był przed nami. Specjałem zakładu jest placek po zbójnicku po 14 zeta. Jadłem go ostatni raz w 2003 roku, więc nie będę się na jego temat wypowiadał. Dziś wpadłem tu tylko na chłodnik po 6 zeta.

   Chłodnik jak chłodnik Nic specjalnego. Przyprawiony jest bardzo dobrze, smakuje też nieźle. Niestety jest wodnisty i brakuje mu gadżetów (czyt. warzyw). Nie znajdziesz w nim ogórka, ani rzodkiewki, ani innych nowalijek. Zasadniczo znajdziesz w nim tylko jajo i szczypiorek. Trochę za mało.

     W związku z niezbyt duża ilością warzyw w środku i ogólną malizną, chłodnik z Malwy dostaje 3 stary. Jeszcze tu wpadniemy - pamiętam, że pierogi robiły niezłą robotę...



piątek, 27 czerwca 2014

Sklep z goframi - Warszawa/Śródmieście

     Tego jeszcze nie było. Wydawało by się, że gofry to tylko z bitą śmietaną, owocami, albo cukrem pudrem. Na szczęście nie tylko w sposób a'la nad Bałtykiem można zjeść poczciwego gofra. Są też takie jak w Sklepie z goframi, który znajduje się na ulicy Bartoszewicza (niedaleko Teatru Polskiego).

    Sklep dysponuje naprawdę małą powierzchnią zarówno w środku, jak i na zewnątrz., wystrój fajny choć sztampowy. Jest już chyba pincet pincetów knajpek z białymi cegłami, czarnym menu z napisami kredą itd. itp. Pewnie gdyby było miejsce to i stoliki z palet by się znalazły. Sztampowo, ale dobrze, tzn. człowiek czuje się w takim wnętrzu dobrze, więc nie ma co narzekać. Miejsce jest bardzo małe - wchodzi się, czeka dość długo na swoją kolej i idzie dalej.
    W Sklepie z goframi ważniejszy jest asortyment, więc przejdźmy do meritum. Znajdziemy tu przeróżne ciekawe i oryginalne smaki gofrów. Dajmy na to gofry razowe, gofry ziemniaczane, kakaowe. Każdy jest świetny. Składniki? Różne, różniste jak bombki w fabryce pani Pelagii: włoski na gofrze razowym z rukolą, gruszką, gorgonzolą, pestkami słonecznika i sosem balsamicznym albo skandynawski na gofrze pszennym z zsiadłym mlekiem, jogurtem, łososiem, koperkiem i kaparami. Jest też moc ziemniaka z gofrem ziemniaczanym, serem gouda i sosem czosnkowym na wierzchu. Wziąłem coś kompletnie innego czyli tzw. posadzonego czyli gofra razowego z sadzonym jajkiem, zsiadłym mlekiem, szczypiorkiem i świeżym pieprzem.
   I jak? Nieźle! Fajne ciasto - świeże, puszyste - właśnie tego się spodziewałem. Reszta też spoko, jajko jak jajko, mleko jak mleko - całość robi robotę. Wsunąłem mojego gofra w trymiga, aż mi się uszy trzęsły. Naprawdę dobra przekąska. Niestety potrawa jest trochę niewygodna do jedzenia - łatwo jest się zalać mlekiem. Trzeba po prostu uważać jak w ZOO przy klatce z małpami. Koszt posadzonego to 12 zł. Nie tanio, ale też nie jakoś wyjątkowo drogo, szczególnie w porównaniu do innych przekąsek typu zapiekanka, burger czy kebab. Tu jest na pewno zdrowiej i chyba smaczniej.

   Jest też oferta gofrów na słodko. Od 7 zł za belgijskiego klasyka do fabryki czekolady (gofr kakaowy, krem orzechowy, orzechy laskowe) za 14 zł. Kolega Kuk wziął tzw. klub konesera czyli też gofra kakaowego z domowym masłem orzechowym i powidłami wiśniowymi. Szczerze mówiąc: niebo w gębie! Zdecydowanie.
    Z powodu braku zdjęcia klubu konesera polecam jeszcze jedną fotografię posadzonego.
    Pora na konkluzję. Fajny pomysł, fajne miejsce, fajne przekąski. Sklep z goframi trzeba traktować jako miejsce na małe co nie co i tak je będę oceniał - nie da się tu najeść jak w restauracji ratuszowej. No, chyba że ktoś weźmie dwa gofry słone i jeden słodki na deser. Ale to byłaby już jakaś gofrowa patologia.
    Do oceny muszę dodać jeszcze panią za ladą (żena za pultem), która niestety nie była zbyt miła - byliśmy około 40 minut przed zamknięciem i od razu narzekała, że za dużo tego i nie wie czy wyrobi się przed zamknięciem. I takie tam. Niby nic, a złe wrażenie pozostało. Każdy kto tu przyjdzie musi też uzbroić się w cierpliwość - gofry robią się jakiś czas. Mnie to nie przeszkadza - dobre potrawy muszą się zrobić - to nie buda z chińskim żarciem. Reszta sklepu jest naprawdę dobra i niedobrze byłoby obniżać ocenę za smutną panią za ladą, więc daje 6 starów z ostrzeżeniem, że obsługa ma swoje humory.




poniedziałek, 23 czerwca 2014

Trattoria Casa Mia - Warszawa/Mokotów

    A teraz coś z zupełnie innej beczki - Trattoria Casa Mia na rogu Niepodległości i Odyńca. Tu nie jest tanio - oj nie. Koniec z potrawami za 10 zł czy dobrym chłodnikiem za 6 zł. Tu się chodzi posiedzieć i wydać 5 dych ot tak sobie.
   Nie przedłużając - na pierwsze danie chłodnik ogórkowy za 15 zł. Znakomity, świetnie przyprawiony, gęsty, dobre składniki i gadżety (czyt. warzywa). Ilość: tyle co kot napłakał. Za 15 zł w Barze Prasowym mam około litr znakomitego chłodnika.
     Na drugie wzięliśmy sałatki. Ja sałatkę z łososiem (w karcie nazywa się to: coś tam, coś tam po włosku i salmone). Koszt 29 zł. Był dobry łosoś, dobre szparagi i reszta rzeczy, które powinny sie tam znaleźć. Sałatce niczego nie brakowało - była smaczna i wystarczająca ilościowo. Wszystko naprawdę ładnie podane i smaczne. Potrawa na bardzo dobrym poziomie. Tylko droga.
   Dodam jeszcze, że pani SS wzięła sałatkę z kaczką (coś tam, coś tam po włosku i kaczka też po włosku) - niestety nie pamiętam ceny, ale raczej powyżej 30 zł. Potrawa dobra, kaczka najwyższej jakości, pomarańcze plus własny sos owocowy (którego nota bene było chyba za dużo). Też smacznie i dobrze. I też za drogo.

     Reasumując: nie tego tutaj szukamy. Tarttoria nie jest tania, kasa mija tu szybko, w zamian dostajemy dobre rzeczy, ale nie wiem czy warto przepłacać. Choć chłodnik najwyższej klasy - naprawdę. 4 stary.





Życie Warszawy - Warszawa/Śródmieście

     Życie Warszawy to nowy bar z szybką wódką, śledziem i tatarem w Warszawie. Znajduje się w Al. Jerozolimskich, między Smykiem, a Nowym Światem.

    Dużym plusem baru jest jego oryginalność - nie znajdziemy tu zbyt wielu odniesień do PRL - przynajmniej jakiś tandetnych - bo jednak menu i ogólnie klimat jest w tym stylu. Generalnie PRL nie jest nachalny i to już jest duży plus. Po drugie oferta - oprócz wódki po piątaku jest jeszcze whisky (chyba Jack Daniels) za 7 zł - wręcz idealna cena - pewnie wkrótce się zmieni.
    Do jedzenia to co zwykle, ale inaczej. Zarówno kiełbasa jak i kaszanka i inne mięsa są w bułce. Co ciekawe tatar też jest podawany w takiej formie. Na początku miałem wiele wątpliwości czy w ogóle to jeść, ale po skosztowaniu nie było takie złe. Oryginalnie, ciekawie i nawet smacznie. Tatar jak i inne przekąski w bułce są po 11 zł.
     Dzięki sprytnemu zabiegowi włożenia wszystkich składników w bułkę do końca nie wiadomo jaki smak ma samo mięso, ale muszę przyznać, że jako całość mi smakowało. Niestety pieczywo nie jest moim faworytem jako potrawa do wódki, więc jako przekąska do alkoholu jest to dość słabe. Jako kanapka na podwieczorek - znakomite!

   Jeszcze warto wspomnieć, że akurat jak byliśmy leciała świetna muzyka post-punkowa, new romantic itd. Duży plus za dobór muzy - rzadko się to zdarza. Minus za brak miejsca - knajpa jest zrobiona pod klienta, który szybko zamawia, szybko pije i je i spada dalej.

Ogółem - 5 starów. Warto tu bywać na krótkiej i małej przekąsce.


  

Bar Azjatycki Hami - Warszawa/Słodowiec

     Bar Hami to jedno z kultowych miejsc na Bielanach. Nie wiem czy słowo kultowy jest dobre, ale to miejsce znają wszyscy: od policjantów i strażników miejskich po kibiców Legii i krawaciarzy. Chyba tylko hipsterzy nie mogą znieść beznadziejnego wystroju baru i klimatu dla wszystkich. A może się mylę?

    Kiedyś słynny chińczyk Hami znajdował się w beznadziejnej budzie niedaleko byłego dworca PKS Marymont. Potem dworzec zburzyli, teraz przyszła pora na budy. Bar przeniósł się troszkę dalej, w górę ulicy Kasprowicza do kolejnych beznadziejnych pawilonów (które lata świetności mają już dawno za sobą).

    Nie wiem jak to jest, ale każdy bar wietnamski ma taki sam wystrój, takie same potrawy, nawet pracują tam ci sami ludzie. Nie wiem jak to wyjaśnić, ale opisując jedno miejsce opisuje się wszystkie. Wyjątkiem jest właśnie Bar Hami - tylko nie wiem dlaczego. A! Nie! Juz wiem! Hami oferuje strasznie wielkie porcje, jest tani i w związku z tym jest mocno popularny. Popularność przekłada się na świeżość potraw - toteż mamy pewność, że nie będziemy mieli po wizycie tutaj problemów gastrycznych.
   A co właściwie oferuje bar? To samo co inne tego rodzaju knajpki - papkę z warzywami, kurczakiem, kaczką, wieprzowiną, wołowiną plus ryż i surówka. Jest jeszcze makaron sojowy albo ryż smażony. I wszystko może być na ostro, albo w 5 smakach albo coś tam. Nie ważne. I tak wszystko smakuje podobnie. Aha! Zapomniałbym. Większość z klientów wybiera kurczaka w cieście. Nie wiem dlaczego. Być może przypomina im pączki, które lubią, a przecież nie wypada jeść ich na obiad.

   Ja tym razem wziąłem całą porcję kurczaka na ostro (10,50 zł), a pani Ptak wzięła ryż smażony z kurczakiem - połowę porcji (drugie zdjęcie). Jak widać na załączonych obrazkach porcję są niezłe, albo nawet zajebiste, a cena niewielka. I to jest chyba klucz do sukcesu Baru Hami.

   Smakowo jak? Siak! Tanie potrawy w tanich barach wietnamskich są zawsze takie same, tutaj być może są troszkę lepsze, ze względu na świeżość potraw. Do tego darmowy sos ostry przy stoliku. Zawsze jakiś plus. Zasadniczo jeśli mamy ochotę na chińczyka/wietnamczyka warto wpaść akurat tu - bo na Kasprowicza jest jednak najlepiej, więc Bar Hami jest przeze mnie odwiedzany od czasu do czasu. W końcu trzeba kiedyś wszamać tanią chińszczyznę.

   4 stary - głównie ze względu na dobre ceny, duże porcje i niezłą świeżość potraw. Reszta bardzo typowa. Nie wiem czy ta czwórka nie jest na wyrost, ale co tam - niech mają.



Bar Prasowy - Warszawa/Śródmieście

    W Prasowym byliśmy już tysiąc razy - wszyscy wiedzą, że jest znakomity. Teraz warto wspomnieć, że częstym gościem w menu jest tam Chłodnik za 7 zł. Co można o nim powiedzieć? Jest naprawdę dobry. Duża porcja, świeże składniki. Minus za zbyt małą gęstość i zbyt słabe przyprawienie potrawy. Ocena: 5 starów.
    Na deser pomidorowa za 1,50 zł, która nie dość, że jest tania jak barszcz (teraz powinno się już mówić "tani jak pomidorowa w prasowym") to jeszcze jest całkiem smaczna - choć trochę wodnista.

    Pozdrawiamy Prasowy i życzymy wszystkiego najlepszego - w sobotę obchodzili urodziny!


Bar Okęcie - Warszawa/Okęcie


     Sam się dziwię, że dopiero teraz piszę o Okęciu, bowiem tutaj serwują najlepszy chłodnik w mieście. Tak! W takim obskurnym barze! Niestety znajdujący się przy Al. Krakowskiej bar (w okolicy Instytutu Lotnictwa i salonu Subaru pana Kopera) nigdy nie jest mi po drodze. A muszę przyznać, że warto tu wpadać. Same dania są być może standardowe - dobrej klasy baru mlecznego, ale chłodnik po prostu wymiata i jest wyznacznikiem jakości w tym daniu.
     Zacznijmy od tego, że chłodnik w Okęciu kosztuje 6 blach. To już jest w miarę tanio, a porównując go do być może tak samo dobrych ale o 10 zł droższych chłodników z najlepszych knajp w mieście to potrawa wygrywa wszystko i wszędzie. W całym internecie i wszechświecie. Przede wszystkim jest zawsze chłodny (co w innych barach mlecznych nie jest normą), ma dużo gadżetów (czyt. warzyw) i to dobrej jakości (czyt. świeżych). Poza tym jest gęsty i jest go dość dużo. Choć ja zawsze biorę drugi, bo nie wiem kiedy będę w Okęciu następnym razem. Jedyny minus chłodnika z Okęcia to brak odpowiedniego przyprawienia - z pewnością mógłby być bardziej wyrazisty. Ale i tak jest mistrzem. Mam pewne przypuszczenia, że przygotowuje go pan Miyagi.
     Do chłodnika wziąłem sobie stek z cebulką, młode ziemniaki i buraczki. W Barze Okęcie stek to po prostu mięso mielone w sosie i z cebulką - czyli bardzo w stylu mleczaka. Jeśli ktoś będzie oczekiwał krwistego kotleta w stylu najlepszych restauracji na Manhattanie to niech idzie do lekarza od oczu. Tu zje tylko PRL-owską wersję steku czyli kawałek mielonego mięsa w sosie  Generalnie zarówno stek, jak i inne potrawy, które jadłem w Barze Okęcie, są po prostu wporzo. Głowy nie urywają, na szczęście innych części ciała też nie. Wszystko jest świeże i dobre. Ale mało oryginalne - jak na bar mleczny jest naprawdę git i trudno o lepsze - chyba, że w Prasowym.

     Za cały obiad zapłaciłem 23 zł czyli trochę więcej niż w barach mlecznych w centrum - cenę podniósł niezbyt tani ( w stosunku do pomidorowej czy rosołu) chłodnik
     Nie mogłem się powstrzymać przed zrobieniem drugiego zdjęcia chłodnikowi. Tymczasem warto wspomnieć o wystroju Okęcia. Jest to jeden z nielicznych już barów, w którym są jeszcze oryginalne plastikowe napisy w menu. Reszta wystroju... No cóż... Bar mleczny po reorganizacji w latach 90. - troszkę tandetnie. Ale z klimatem. Najgorsze są wszędobylskie naklejki Pepsi. Duży plus za piwo w ofercie oraz WC. Rzadkość w barach mlecznych.

Reasumując - nie mogło być inaczej - 6 mocnych starów. Polecam!



sobota, 31 maja 2014

Kuchnia Pełna Niespodzianek - Jajecznica

Wszystko się zmienia, życie podlega ciągłym zmianom, nawet śniadanie może być piękne. Dlatego warto zrobić kolorową jajecznicę...

piątek, 30 maja 2014

Mezze - Warszawa/Mokotów

     Bar wegetariański Mezze znajduje się przy Różanej 1, z otwarciem na Puławską. Dla rozpoznania miejsca podpowiem, że po drugiej stronie ulicy znajduje się znany klub Regeneracja. To tyle wstępu.

   Co tu można zjeść? Dania w stylu izraelskim - pitę z falafelem albo hummus w różnych smakach i z różnymi warzywami. Dania kosztują od 10 zł do 25 zł w zależności o wielkości i wyboru. Tego dnia zamówiłem akurat pitę z falafelem za dychę. Czy warto? Warto - za cenę kiepskiego kebabu dostaję się prawdziwy, świeży falafel czyli kulki z mielonej ciecierzycy z przyprawami. Jeśli jadacie badziewny falafel w miejskich kebabach powinniście wpaść do Mezze - tu zjecie to samo danie, ale w świeżej i dobrej wersji, a nie jakieś pomyje.

    Do każdej pity sympatyczna barmanka dodaje świeże warzywa i sos. Wszystko niby gra, choć dla mnie to taki misz masz - do pity wsadza sie byle co i tyle. Nie ma w tym żadnej finezji.
    W tajemnicy powiem, że jadłem tu kiedyś hummus - jest także dobry. Warto.
     Nie pozostaje mi nic innego jak dać Mezze 5 starów. Tylko 5, bo ogólnie tego rodzaju kuchnia jest dla mnie jakby bez sensu. Fajne na przekąskę - nic więcej. Do jakości potraw nie mam żadnych zastrzeżeń - do klimatu knajpki w fajnym i schludnym pawilonie też nie. Oczywiście piątka jest dla baru szybkiej obsługi - bo jeśli ktoś chce obiad na wypasie to tu go raczej nie znajdzie.