Zdjęciem PRL-owskiej lampy powracam do Mety. Kiedyś by się powiedziało "na metę". Zasadniczo pisałem już o lokalu tej samej sieci na Mazowieckiej (o! tutaj pisałem). Meta na Foksal jest pierwszą knajpą z tej serii, zatem ma nieco inne logo, ale wystrój jest podobny - dużo PRL w PRL. Metraż jest malutki i zawsze panuje tu ogromny ścisk, a przemieszanie ludzi jest totalne. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach.
Do picia i jedzenia typowe dania barowe: tatar, pierogi, bigos, strogonof, śledzik itd. Plus wóda za 5 zł i piwo (mały Kasztelan) po tyleż samo. Jak zwykle wziąłem tatar plus dwie wódeczki (Żytnia - zestaw 19 zł).
Miło, że Meta nadal ma tatara za 9 zł, podczas gdy inne knajpy wciąż podnoszą cenę. Tak naprawdę przekąskę robi chyba ktoś z zewnątrz i gotowy produkt przywozi do knajpy. Tatar z Foksal jest identyczny jak na Mazowieckiej. Niczym się nie różnią. Mocno przyprawiony, z niesamowitą ilością pieprzu, soli i czegoś tam jeszcze. Przy tym czuć, że był zamrażany. Nie jest to potrawa z cyklu: wyśmienita, palce lizać czy cuś. Ale jak na 9 zł nie jest zły - mięso ma smak, generalnie jest nieźle. Nadal podtrzymuje ocenę 4. Z lekkim minusem. Oczywiście pamiętając, że oceniam potrawę za 9 zł - gdybym dostał to samo za 25 zl nie zostawiłbym suchej nitki na właścicielach lokalu. Jak to kiedyś przeczytałem w ogłoszeniu z kołpakami od Wartburga: "taniość liczy się".
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bar. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 2 października 2014
Meta na Foksal - Warszawa/Śródmieście
Etykiety:
4 stary,
bar,
centrum,
dużo ludzi,
meta,
prl,
przekąski do wódki,
śródmieście,
tania wódka,
tanie przekąski,
tatar,
tatar wołowy,
tłok,
warszawa,
wódka
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Życie Warszawy - Warszawa/Śródmieście
Życie Warszawy to nowy bar z szybką wódką, śledziem i tatarem w Warszawie. Znajduje się w Al. Jerozolimskich, między Smykiem, a Nowym Światem.
Dużym plusem baru jest jego oryginalność - nie znajdziemy tu zbyt wielu odniesień do PRL - przynajmniej jakiś tandetnych - bo jednak menu i ogólnie klimat jest w tym stylu. Generalnie PRL nie jest nachalny i to już jest duży plus. Po drugie oferta - oprócz wódki po piątaku jest jeszcze whisky (chyba Jack Daniels) za 7 zł - wręcz idealna cena - pewnie wkrótce się zmieni.
Do jedzenia to co zwykle, ale inaczej. Zarówno kiełbasa jak i kaszanka i inne mięsa są w bułce. Co ciekawe tatar też jest podawany w takiej formie. Na początku miałem wiele wątpliwości czy w ogóle to jeść, ale po skosztowaniu nie było takie złe. Oryginalnie, ciekawie i nawet smacznie. Tatar jak i inne przekąski w bułce są po 11 zł.
Dzięki sprytnemu zabiegowi włożenia wszystkich składników w bułkę do końca nie wiadomo jaki smak ma samo mięso, ale muszę przyznać, że jako całość mi smakowało. Niestety pieczywo nie jest moim faworytem jako potrawa do wódki, więc jako przekąska do alkoholu jest to dość słabe. Jako kanapka na podwieczorek - znakomite!
Jeszcze warto wspomnieć, że akurat jak byliśmy leciała świetna muzyka post-punkowa, new romantic itd. Duży plus za dobór muzy - rzadko się to zdarza. Minus za brak miejsca - knajpa jest zrobiona pod klienta, który szybko zamawia, szybko pije i je i spada dalej.
Ogółem - 5 starów. Warto tu bywać na krótkiej i małej przekąsce.
Dużym plusem baru jest jego oryginalność - nie znajdziemy tu zbyt wielu odniesień do PRL - przynajmniej jakiś tandetnych - bo jednak menu i ogólnie klimat jest w tym stylu. Generalnie PRL nie jest nachalny i to już jest duży plus. Po drugie oferta - oprócz wódki po piątaku jest jeszcze whisky (chyba Jack Daniels) za 7 zł - wręcz idealna cena - pewnie wkrótce się zmieni.
Do jedzenia to co zwykle, ale inaczej. Zarówno kiełbasa jak i kaszanka i inne mięsa są w bułce. Co ciekawe tatar też jest podawany w takiej formie. Na początku miałem wiele wątpliwości czy w ogóle to jeść, ale po skosztowaniu nie było takie złe. Oryginalnie, ciekawie i nawet smacznie. Tatar jak i inne przekąski w bułce są po 11 zł.
Dzięki sprytnemu zabiegowi włożenia wszystkich składników w bułkę do końca nie wiadomo jaki smak ma samo mięso, ale muszę przyznać, że jako całość mi smakowało. Niestety pieczywo nie jest moim faworytem jako potrawa do wódki, więc jako przekąska do alkoholu jest to dość słabe. Jako kanapka na podwieczorek - znakomite!
Jeszcze warto wspomnieć, że akurat jak byliśmy leciała świetna muzyka post-punkowa, new romantic itd. Duży plus za dobór muzy - rzadko się to zdarza. Minus za brak miejsca - knajpa jest zrobiona pod klienta, który szybko zamawia, szybko pije i je i spada dalej.
Ogółem - 5 starów. Warto tu bywać na krótkiej i małej przekąsce.
Etykiety:
5 starów,
bar,
dobra muzyka,
niezły wystrój,
szot bar,
śródmieście,
tania wódka,
tanie whisky,
tatar w bułce,
tatar wołowy,
warszawa,
życie warszawy
Bar Azjatycki Hami - Warszawa/Słodowiec
Bar Hami to jedno z kultowych miejsc na Bielanach. Nie wiem czy słowo kultowy jest dobre, ale to miejsce znają wszyscy: od policjantów i strażników miejskich po kibiców Legii i krawaciarzy. Chyba tylko hipsterzy nie mogą znieść beznadziejnego wystroju baru i klimatu dla wszystkich. A może się mylę?
Kiedyś słynny chińczyk Hami znajdował się w beznadziejnej budzie niedaleko byłego dworca PKS Marymont. Potem dworzec zburzyli, teraz przyszła pora na budy. Bar przeniósł się troszkę dalej, w górę ulicy Kasprowicza do kolejnych beznadziejnych pawilonów (które lata świetności mają już dawno za sobą).
Nie wiem jak to jest, ale każdy bar wietnamski ma taki sam wystrój, takie same potrawy, nawet pracują tam ci sami ludzie. Nie wiem jak to wyjaśnić, ale opisując jedno miejsce opisuje się wszystkie. Wyjątkiem jest właśnie Bar Hami - tylko nie wiem dlaczego. A! Nie! Juz wiem! Hami oferuje strasznie wielkie porcje, jest tani i w związku z tym jest mocno popularny. Popularność przekłada się na świeżość potraw - toteż mamy pewność, że nie będziemy mieli po wizycie tutaj problemów gastrycznych.
A co właściwie oferuje bar? To samo co inne tego rodzaju knajpki - papkę z warzywami, kurczakiem, kaczką, wieprzowiną, wołowiną plus ryż i surówka. Jest jeszcze makaron sojowy albo ryż smażony. I wszystko może być na ostro, albo w 5 smakach albo coś tam. Nie ważne. I tak wszystko smakuje podobnie. Aha! Zapomniałbym. Większość z klientów wybiera kurczaka w cieście. Nie wiem dlaczego. Być może przypomina im pączki, które lubią, a przecież nie wypada jeść ich na obiad.
Ja tym razem wziąłem całą porcję kurczaka na ostro (10,50 zł), a pani Ptak wzięła ryż smażony z kurczakiem - połowę porcji (drugie zdjęcie). Jak widać na załączonych obrazkach porcję są niezłe, albo nawet zajebiste, a cena niewielka. I to jest chyba klucz do sukcesu Baru Hami.
Smakowo jak? Siak! Tanie potrawy w tanich barach wietnamskich są zawsze takie same, tutaj być może są troszkę lepsze, ze względu na świeżość potraw. Do tego darmowy sos ostry przy stoliku. Zawsze jakiś plus. Zasadniczo jeśli mamy ochotę na chińczyka/wietnamczyka warto wpaść akurat tu - bo na Kasprowicza jest jednak najlepiej, więc Bar Hami jest przeze mnie odwiedzany od czasu do czasu. W końcu trzeba kiedyś wszamać tanią chińszczyznę.
4 stary - głównie ze względu na dobre ceny, duże porcje i niezłą świeżość potraw. Reszta bardzo typowa. Nie wiem czy ta czwórka nie jest na wyrost, ale co tam - niech mają.
Kiedyś słynny chińczyk Hami znajdował się w beznadziejnej budzie niedaleko byłego dworca PKS Marymont. Potem dworzec zburzyli, teraz przyszła pora na budy. Bar przeniósł się troszkę dalej, w górę ulicy Kasprowicza do kolejnych beznadziejnych pawilonów (które lata świetności mają już dawno za sobą).
Nie wiem jak to jest, ale każdy bar wietnamski ma taki sam wystrój, takie same potrawy, nawet pracują tam ci sami ludzie. Nie wiem jak to wyjaśnić, ale opisując jedno miejsce opisuje się wszystkie. Wyjątkiem jest właśnie Bar Hami - tylko nie wiem dlaczego. A! Nie! Juz wiem! Hami oferuje strasznie wielkie porcje, jest tani i w związku z tym jest mocno popularny. Popularność przekłada się na świeżość potraw - toteż mamy pewność, że nie będziemy mieli po wizycie tutaj problemów gastrycznych.
A co właściwie oferuje bar? To samo co inne tego rodzaju knajpki - papkę z warzywami, kurczakiem, kaczką, wieprzowiną, wołowiną plus ryż i surówka. Jest jeszcze makaron sojowy albo ryż smażony. I wszystko może być na ostro, albo w 5 smakach albo coś tam. Nie ważne. I tak wszystko smakuje podobnie. Aha! Zapomniałbym. Większość z klientów wybiera kurczaka w cieście. Nie wiem dlaczego. Być może przypomina im pączki, które lubią, a przecież nie wypada jeść ich na obiad.
Ja tym razem wziąłem całą porcję kurczaka na ostro (10,50 zł), a pani Ptak wzięła ryż smażony z kurczakiem - połowę porcji (drugie zdjęcie). Jak widać na załączonych obrazkach porcję są niezłe, albo nawet zajebiste, a cena niewielka. I to jest chyba klucz do sukcesu Baru Hami.
Smakowo jak? Siak! Tanie potrawy w tanich barach wietnamskich są zawsze takie same, tutaj być może są troszkę lepsze, ze względu na świeżość potraw. Do tego darmowy sos ostry przy stoliku. Zawsze jakiś plus. Zasadniczo jeśli mamy ochotę na chińczyka/wietnamczyka warto wpaść akurat tu - bo na Kasprowicza jest jednak najlepiej, więc Bar Hami jest przeze mnie odwiedzany od czasu do czasu. W końcu trzeba kiedyś wszamać tanią chińszczyznę.
4 stary - głównie ze względu na dobre ceny, duże porcje i niezłą świeżość potraw. Reszta bardzo typowa. Nie wiem czy ta czwórka nie jest na wyrost, ale co tam - niech mają.
Etykiety:
4 stary,
bar,
bar azjatycki hami,
bardzo tanio,
bielany,
chińczyk,
kurczak na ostro,
ryż smażony z kurczakiem,
słodowiec,
tanie żarcie,
typowy wystrój,
warszawa,
wietnamczyk,
zły wystrój
piątek, 30 maja 2014
Bar Warszawa de luxe - Warszawa/Stare Miasto
Chyba pierwszy raz piszę o knajpce na Starym Mieście. W sumie od czasu do czasu tu bywam - widocznie nie ostatnio. Ogólnie Stare Miasto umiera na własne życzenie - nocą nie wiele się tu dzieje - mieszkańcy skutecznie wykurzają ludzi z tego miejsca.
Bar Warszawa (mniejszy) i Warszawa de luxe (większy) na skrzyżowaniu Miodowej z Krakowskim Przedmieściem to jedno z miejsc, które parę lat temu powstało na podstawie mody na lokale w stylu "przekąski - zakąski". W sumie fajnie, bo brakowało takich miejsc.
Początkowo było tu wszystko po 8 zł (zakąski) i 4 zł (napitki) - niestety czasy idą do przodu i teraz wszystko kosztuje odpowiednio 11 zł i 5 zł.
W środku dość typowo - przypadkowe krzesła i stoły - niby stylizowane na przedwojenne, do tego stare stroje, radia i tapety a'la retro. To już jest nudne, ale zasadniczo mi to nie przeszkadza - knajpa jest obliczona na szybkie dania, szybkie trunki i szybkich klientów. Choć akurat Warszawa de luxe posiada stoły i można tu usiąść na dłużej. Ale nie wiem czy warto.
Jakby ktoś pytał: w weekendy organizowane są tu huczne potańcówki.
A co można zjeść? To co zawsze: tatar, pyzy, kaszankę, pierogi i takie tam. Specjalnością lokalu jest kiełbasa po warszawsku czyli kawałki kiełbasy z cebulą w sosie musztardowym. Niezłe, ale opowiem o tym kiedy indziej, bo teraz tego nie jadłem. Zatem czas na tatar, który za 11 zł oferuje w miarę świeże mięso mielone z dodatkami. Niestety mięso jest jakby wodniste? Czy to oznacza, że je właśnie wyjęli z jakiejś marynaty wodnej przedłużającej życie mięsa i jego wagę? Oby nie. Danie jest zjadliwe, ale jasli ktoś przed chwilą jadł tatar w Warszawie Wschodniej albo w domu to tym będzie niepocieszony. To jest pewne. Generalnie z tanich tatarów ten jest jednym z lepszych - wiadomo za cenę 11 zł nie dostanie się super jakości. Zatem jak na tani tatar Warszawa de luxe może uzyskać taką samą ocenę co Meta czyli 4 stary.
Jeszcze mam kilka słów o barmanach - niestety są średnio mili. Zazwyczaj nie uśmiechnięci i małomówni - od pana Romana dzieli ich jakieś 15 tysięcy milionów lat świetlnych. Na dodatek nie krzyczą jak już jest gotowa potrawa i twój tatar może ukraść jakiś gagatek. Tu duży minus. I jeszcze jedno - klientela. Bar jest czynny 24H i często spotykają się tu tacy ludzie, że od słuchania ich krzyków odpadają uszy, kołpaki w polonezach, kafelki ze ścian i wąsy Lechowi Wałęsie. Daję 4 stary - choć nie wiem czy nie na wyrost.
Bar Warszawa (mniejszy) i Warszawa de luxe (większy) na skrzyżowaniu Miodowej z Krakowskim Przedmieściem to jedno z miejsc, które parę lat temu powstało na podstawie mody na lokale w stylu "przekąski - zakąski". W sumie fajnie, bo brakowało takich miejsc.
Początkowo było tu wszystko po 8 zł (zakąski) i 4 zł (napitki) - niestety czasy idą do przodu i teraz wszystko kosztuje odpowiednio 11 zł i 5 zł.
W środku dość typowo - przypadkowe krzesła i stoły - niby stylizowane na przedwojenne, do tego stare stroje, radia i tapety a'la retro. To już jest nudne, ale zasadniczo mi to nie przeszkadza - knajpa jest obliczona na szybkie dania, szybkie trunki i szybkich klientów. Choć akurat Warszawa de luxe posiada stoły i można tu usiąść na dłużej. Ale nie wiem czy warto.
Jakby ktoś pytał: w weekendy organizowane są tu huczne potańcówki.
A co można zjeść? To co zawsze: tatar, pyzy, kaszankę, pierogi i takie tam. Specjalnością lokalu jest kiełbasa po warszawsku czyli kawałki kiełbasy z cebulą w sosie musztardowym. Niezłe, ale opowiem o tym kiedy indziej, bo teraz tego nie jadłem. Zatem czas na tatar, który za 11 zł oferuje w miarę świeże mięso mielone z dodatkami. Niestety mięso jest jakby wodniste? Czy to oznacza, że je właśnie wyjęli z jakiejś marynaty wodnej przedłużającej życie mięsa i jego wagę? Oby nie. Danie jest zjadliwe, ale jasli ktoś przed chwilą jadł tatar w Warszawie Wschodniej albo w domu to tym będzie niepocieszony. To jest pewne. Generalnie z tanich tatarów ten jest jednym z lepszych - wiadomo za cenę 11 zł nie dostanie się super jakości. Zatem jak na tani tatar Warszawa de luxe może uzyskać taką samą ocenę co Meta czyli 4 stary.
Jeszcze mam kilka słów o barmanach - niestety są średnio mili. Zazwyczaj nie uśmiechnięci i małomówni - od pana Romana dzieli ich jakieś 15 tysięcy milionów lat świetlnych. Na dodatek nie krzyczą jak już jest gotowa potrawa i twój tatar może ukraść jakiś gagatek. Tu duży minus. I jeszcze jedno - klientela. Bar jest czynny 24H i często spotykają się tu tacy ludzie, że od słuchania ich krzyków odpadają uszy, kołpaki w polonezach, kafelki ze ścian i wąsy Lechowi Wałęsie. Daję 4 stary - choć nie wiem czy nie na wyrost.
Etykiety:
4 stary,
bar,
bar warszawa,
kiełbasa po warszawsku,
krakowskie przedmieście,
niemiły barman,
stare miasto,
tatar,
tatar wołowy,
typowy wystrój,
warszawa de luxe
środa, 30 kwietnia 2014
Bazar - Warszawa/Stara Praga
Knajpka Bazar mieści się w przepięknej Kamienicy Pod Sowami przy Okrzei 26 (róg Jagiellońskiej) - tam gdzie Centrum Zarządzania Światem. W sumie lokale są do siebie dość podobne - z tymże różnica tkwi w ofercie. Po pierwsze Bazar ma fajniejsze alkohole - są piwa czeskie, są polskie wina z Domu Bliskowice. Po drugie jest większy, ciekawszy i tańszy wybór dań. Wreszcie po trzecie Bazar jest czynny całą dobę!
No właśnie - czynne całą dobę - z czym nam się to kojarzy? Z dresiarzami stojącymi przy brzydkim barze. Tak. Z tanią ciepłą wódką. Tak. Z wystrojem w stylu PRL nie mającym nic wspólnego z dobrym smakiem. Tak. Z potrawami typu śledź w oleju i bigosem. Tak. Na szczęście w tym wypadku jest zupełnie inaczej. Wystrój jest dokładnie przemyślany - mamy czysty beton, drewno i ciekawe detale. Może się to podobać. Poza tym alkohole nie są najtańsze i nie są typowe - brakuje głupiego Tyskiego po 5 zł, więc i nie ma w pobliżu standardowych polaków w dresach i bez zębów ma przedzie, ale za to z tatuażem lokalnej drużyny na pośladku. Poza tym w kuchni możemy znaleźć ciekawe potrawy: od placków ziemniaczanych przez sałatki, steaka do zupy czosnkowej. Wszystko niezbyt tanie, ale tez nie drogie. Przy okazji jest też dobra obsługa kelnerska, ale bez zbędnego zadęcia i ęą.
W Bazarze byliśmy w niedzielę wieczorem, więc nie braliśmy ciężkich potraw. Na pierwszy rzut poszła zupa czosnkowa z grzankami.... a właściwie bez grzanek, bo zabrakło, o czym kelner poinformował nas dopiero po przyniesieniu zupy. Duży minus. Na szczęście sama potrawa (9 zł) była smaczna, gęsta jak trzeba i wyrazista.
Była też grana sałatka z kurczakiem za 22 zł. Dość drogo, ale w miarę smacznie. W karcie napisane było, że będzie to mix sałat, niestety był tylko jeden gatunek, więc tutaj też był mały zgrzyt na drodze karta - wykonanie.
Zamówiliśmy także smaczne i dobre placki ziemniaczane za 14 zł. Tanio i dobrze.
Warto pamiętać o Bazarze - tym bardziej, że w Warszawie po 21ej trudno znaleźć dobre żarcie - a tu kuchnia jest czynna do 12ej/1ej w nocy. Warto dodać, że często do kotleta przygrywa jazzowa kapela. Mi to pasuje. Natomiast nie pasuje mi tutejszy klimat w soboty - mnóstwo ludzi, czynna dolna sala i niesamowity huk. Nie polecam wtedy Bazaru jako knajpki na wieczorny wypad na kolację.
No właśnie - czynne całą dobę - z czym nam się to kojarzy? Z dresiarzami stojącymi przy brzydkim barze. Tak. Z tanią ciepłą wódką. Tak. Z wystrojem w stylu PRL nie mającym nic wspólnego z dobrym smakiem. Tak. Z potrawami typu śledź w oleju i bigosem. Tak. Na szczęście w tym wypadku jest zupełnie inaczej. Wystrój jest dokładnie przemyślany - mamy czysty beton, drewno i ciekawe detale. Może się to podobać. Poza tym alkohole nie są najtańsze i nie są typowe - brakuje głupiego Tyskiego po 5 zł, więc i nie ma w pobliżu standardowych polaków w dresach i bez zębów ma przedzie, ale za to z tatuażem lokalnej drużyny na pośladku. Poza tym w kuchni możemy znaleźć ciekawe potrawy: od placków ziemniaczanych przez sałatki, steaka do zupy czosnkowej. Wszystko niezbyt tanie, ale tez nie drogie. Przy okazji jest też dobra obsługa kelnerska, ale bez zbędnego zadęcia i ęą.
W Bazarze byliśmy w niedzielę wieczorem, więc nie braliśmy ciężkich potraw. Na pierwszy rzut poszła zupa czosnkowa z grzankami.... a właściwie bez grzanek, bo zabrakło, o czym kelner poinformował nas dopiero po przyniesieniu zupy. Duży minus. Na szczęście sama potrawa (9 zł) była smaczna, gęsta jak trzeba i wyrazista.
Była też grana sałatka z kurczakiem za 22 zł. Dość drogo, ale w miarę smacznie. W karcie napisane było, że będzie to mix sałat, niestety był tylko jeden gatunek, więc tutaj też był mały zgrzyt na drodze karta - wykonanie.
Zamówiliśmy także smaczne i dobre placki ziemniaczane za 14 zł. Tanio i dobrze.
Warto pamiętać o Bazarze - tym bardziej, że w Warszawie po 21ej trudno znaleźć dobre żarcie - a tu kuchnia jest czynna do 12ej/1ej w nocy. Warto dodać, że często do kotleta przygrywa jazzowa kapela. Mi to pasuje. Natomiast nie pasuje mi tutejszy klimat w soboty - mnóstwo ludzi, czynna dolna sala i niesamowity huk. Nie polecam wtedy Bazaru jako knajpki na wieczorny wypad na kolację.
Etykiety:
24h,
5 starów,
bar,
bazar,
dobre piwo,
fajny klimat,
fuckup na drodze karta - wykonanie,
ładne wnętrze,
nocne żarcie,
placki ziemniaczane,
sałatka z kurczaka,
stara praga,
warszawa,
zupa czosnkowa
czwartek, 10 kwietnia 2014
Koniec Bajki
Niestety z końcem marca 2014 ostatecznie zamknięto jedną z bardziej klimatycznych warszawskich kawiarni Cafe Bajka, która od lat 50. mieściła się przy Nowym Świecie. Pani, która od lat 80. była ajentem, a potem właścicielką baru, przeszła na zasłużoną emeryturę. Wielka szkoda, bo Bajka była jedną z moich ulubionych knajp. Lubiłem tam przychodzić na zestaw: czarna kawa + kieliszek Pliski + WZ'tka. Mogłem tak siedzieć z godzinę i patrzeć na ludzi przechadzających się Nowym Światem. Chilaut na wysokim poziomie.
Siłą Bajki byli też jej klienci. Jednego z nich nazywaliśmy Kurt Rolsson - głównie ze względu na bezbłędną stylówę podrabiającą turystę z zachodu z 1978 roku. Inny stały gość zawsze mówił rymami częstochowskimi i sam się z tego śmiał. Fajnie było.
Gdy byliśmy tam ostatnio - pod koniec marca - nie wiedzieliśmy, że wkrótce lokal zostanie zamknięty. A dopiero wtedy dowiedziałem się, że można w Bajce zamówić dania barowe. Kto by pomyślał? WuZetki - tak. Szarlotka - tak. Belfast - tak. Ale obiad? Szkoda, ze nie zdążyłem sprawdzić tej fasolki po bretońsku. No trudno - zostaje Amatorska i równie oryginalny co Bajka, Piotruś.
Siłą Bajki byli też jej klienci. Jednego z nich nazywaliśmy Kurt Rolsson - głównie ze względu na bezbłędną stylówę podrabiającą turystę z zachodu z 1978 roku. Inny stały gość zawsze mówił rymami częstochowskimi i sam się z tego śmiał. Fajnie było.
Gdy byliśmy tam ostatnio - pod koniec marca - nie wiedzieliśmy, że wkrótce lokal zostanie zamknięty. A dopiero wtedy dowiedziałem się, że można w Bajce zamówić dania barowe. Kto by pomyślał? WuZetki - tak. Szarlotka - tak. Belfast - tak. Ale obiad? Szkoda, ze nie zdążyłem sprawdzić tej fasolki po bretońsku. No trudno - zostaje Amatorska i równie oryginalny co Bajka, Piotruś.
poniedziałek, 31 marca 2014
Smażalania ryb U Stasia - Mościska
Smażalnie ryb U Stasia (miejscowość Mościska na drodze relacji Grodzisk Mazowiecki - Radziejowice) znam od co najmniej 10 lat. Wtedy była to buda nad stawem serwująca świeże smażone ryby. Teraz trochę się rozbudowali i ucywilizowali. W tej chwili jest to nieco większa buda serwująca świeże ryby. Dużym atutem lokalu są miejsca siedzące na pomoście nad stawem. Można się poczuć jak na prawdziwej zapadłej dziurze na Mazurach. I to w latach 90. kiedy jeszcze nie przyjechało tam tysiące buraków z radiem Eska w komórkach.
Miejsce przypomina tanie bary z nadmorskich lub mazurskich kurortów z lat 80. lub 90. Klimat dopełniają papierowe tacki i plastikowe sztućce. Zasadniczo nie cierpię plastikowych widelców, ale w takiej sytuacji mogę to wybaczyć. Wszystko ma taki klimat, że na parking przed barem powinno się podjechać Polonezem, choć nasze Volvo 360 też może być.
W ofercie smażalni istniejącej od 1993 roku znajdziemy typowe ryby z polskiego baru: dorsz, sandacz, halibut i łosoś. Wszystko w cenach od 8 do 10 zł za 100 gram. Do tego frytki, kapusta kiszona, ogórki i buraczki. Dużym plusem knajpki jest świeżość produktów - wzięcie towaru jest spore, a doświadczenie obsługi w rybnym interesie większe od Neptuna i pana Lisnera we własnej osobie.
Zamówiłem po małej porcji dorsza i łososia plus buraczki i kapusta kiszona - całość 24 zł. Nie jest tanio, ale zazwyczaj w Polsce ryby są dość drogie, więc się nie zdziwiłem. Porcje ryb rzeczywiście były niewielkie, ale można było się tym najeść. Myślę, że warto poczuć klimat nadmorskiego kurortu w samym środku beznadziejnego Mazowsza. Tym bardziej, że rybki są naprawdę świeże i dobre.
Trochę dziwi łosoś w panierce - niejeden dobry kucharz by się przewrócił - mamy jeszcze jeden dowód na przaśność i kurortowość (ciekawe słowo) tego baru. Aby poczuć prawdziwy klimat Władysławowa brakuje tylko łysych kolesi mówiących "kurwa", kłócącej się rodziny, debilnie śmiejących się z byle czego małolatek i wszędobylskiej nad polskim morzem muzyki w stylu radia Eska.
Za klimat i świeże potrawy Smażalnia ryb u Stasia dostaje 5 starów. Czemu nie 6? Jednak wystrój taniej budy i niezbyt tanie potrawy to nie jest to czego szukam. Trzeba jednak podkreślić, że nie znam w bliskiej odległości Warszawy lepszej knajpy ze smażoną rybą.
Miejsce przypomina tanie bary z nadmorskich lub mazurskich kurortów z lat 80. lub 90. Klimat dopełniają papierowe tacki i plastikowe sztućce. Zasadniczo nie cierpię plastikowych widelców, ale w takiej sytuacji mogę to wybaczyć. Wszystko ma taki klimat, że na parking przed barem powinno się podjechać Polonezem, choć nasze Volvo 360 też może być.
W ofercie smażalni istniejącej od 1993 roku znajdziemy typowe ryby z polskiego baru: dorsz, sandacz, halibut i łosoś. Wszystko w cenach od 8 do 10 zł za 100 gram. Do tego frytki, kapusta kiszona, ogórki i buraczki. Dużym plusem knajpki jest świeżość produktów - wzięcie towaru jest spore, a doświadczenie obsługi w rybnym interesie większe od Neptuna i pana Lisnera we własnej osobie.
Zamówiłem po małej porcji dorsza i łososia plus buraczki i kapusta kiszona - całość 24 zł. Nie jest tanio, ale zazwyczaj w Polsce ryby są dość drogie, więc się nie zdziwiłem. Porcje ryb rzeczywiście były niewielkie, ale można było się tym najeść. Myślę, że warto poczuć klimat nadmorskiego kurortu w samym środku beznadziejnego Mazowsza. Tym bardziej, że rybki są naprawdę świeże i dobre.
Trochę dziwi łosoś w panierce - niejeden dobry kucharz by się przewrócił - mamy jeszcze jeden dowód na przaśność i kurortowość (ciekawe słowo) tego baru. Aby poczuć prawdziwy klimat Władysławowa brakuje tylko łysych kolesi mówiących "kurwa", kłócącej się rodziny, debilnie śmiejących się z byle czego małolatek i wszędobylskiej nad polskim morzem muzyki w stylu radia Eska.
Za klimat i świeże potrawy Smażalnia ryb u Stasia dostaje 5 starów. Czemu nie 6? Jednak wystrój taniej budy i niezbyt tanie potrawy to nie jest to czego szukam. Trzeba jednak podkreślić, że nie znam w bliskiej odległości Warszawy lepszej knajpy ze smażoną rybą.
Etykiety:
bar,
buraczki,
dorsz,
grodzisk mazowiecki,
jak w kurorcie,
łosoś,
mościska,
nad stawem,
plastikowe sztućce,
ryby,
smażalnia ryb,
smażalnia ryb u stasia
piątek, 7 marca 2014
Krokiecik - Warszawa/Śródmieście
W Krokieciku byłem ostatni raz około 10 lat temu. Generalnie tania knajpka z polskim żarciem przy ulicy Zgoda (niedaleko ulicy Przeskok) znajduje się w tym miejscu od lat 90. I tak wygląda - nic się tu nie zmieniło. Wnętrze jest ponure i nieciekawe - zresztą tak samo jak epoka w której powstało.
Serwuje się tu dania barowe, podobne jakościowo do standardowego baru mlecznego. Nic specjalnego. Lokal działa głównie w godzinach pracy tutejszych biur i jest nastawiony na taką właśnie klientelę. My byliśmy w Krokieciku po 18tej, gdy do dyspozycji były już tylko ochłapy oferty. Wybraliśmy: kurczaka z suszonymi pomidorami z ziemniakami i solidną porcją marchewki (19 zł) oraz naleśnika z truskawkami.
No cóż. Potrawa nie była zła. Taka Dacia wśród samochodów. Specjalnej burzy zachwytów u mnie nie wywołała. Kurczak w sosie był mało wyrazisty, a pomidorów w ogóle nie czułem. Reszta ok.
Co do naleśnika to lepiej nic o nim nie wspominać - zimny, z mrożonymi owocami (z drugiej strony innych owoców teraz nie ma - wina po stronie zamawiającego). Generalnie nic specjalnego.
Krokiecik oferuje średni standard baru mlecznego czyli w miarę dobre jedzenie po taniości w centrum Warszawy. Tylko czy inne knajpy w czasie lunchu nie oferują lepszego żarcia w tej samej cenie? Chyba tak. Dodatkowy plus plusowy za piwo Łomża - nie w każdym barze mlecznym mamy taki asortyment.
Ocena: 3 stary z plusem. Myślę, że następny raz wstąpię tu za kolejne 10 lat.
wtorek, 4 marca 2014
Świetlica - Warszawa/Śródmieście
Dzięki mojej nowej komórce mogę zgłosić się na konkurs: "Najgorsze zdjęcia roku - World Press Foto". Z naciskiem na Foto przez F.
Tym razem zapraszam do nowej knajpki w Śródmieściu - na Marszałkowskiej, przy Oleandrów i na przeciwko Prasowego. Lokal nazywa się Świetlica i jest standardowym pubem. Bardzo standardowym, bo wystrój jest typowy: stare krzesła, nie najnowsze stoły, ciemne ściany i ogólna ciemnica. Generalnie jest bardzo przytulnie - oczywiście jak ktoś lubi takie klimaty.
Jak na prawdziwy pub przystało do wyboru mamy głównie alkohole plus ewentualnie herbaty, kawy i ciasta. Z piw można polecić np. Bernarda albo Książęce ciemne łagodne z kija. My tym razem w Świetlicy żądaliśmysiódemek deseru. Dostaliśmy dobrą kawę i spore kawałki brownie oraz sernika z kajmakiem. Smaczne, świeże (chyba robione na miejscu) i w standardowej cenie (10 zł). Przydało by się ciasta złamać jakimś owocem lub kremem czy czymś. Ale nie ma co narzekać - generalnie było spoko - jak mówi młodzież jak mówiła młodzież 10 lat temu.
Świetlica to bardzo dobre miejsce na spotkania ze znajomymi przy piwie. Jest tu wbrew pozorom (wejście do knajpy jest małe, od razu jest bar - z zewnątrz wygląda jakby lokal miał tyle miejsca w środku co szewc przy Żelaznej) całkiem sporo miejsca. Plusem są dobre piwa, niezła kawa, własne ciasta oraz dobrze dobrana muzyka w tle. W weekendy można się tu natknąć na koncerty lub jakieś inne eventy. Spoko - ocena bardzo dobra. Siadaj.
Tym razem zapraszam do nowej knajpki w Śródmieściu - na Marszałkowskiej, przy Oleandrów i na przeciwko Prasowego. Lokal nazywa się Świetlica i jest standardowym pubem. Bardzo standardowym, bo wystrój jest typowy: stare krzesła, nie najnowsze stoły, ciemne ściany i ogólna ciemnica. Generalnie jest bardzo przytulnie - oczywiście jak ktoś lubi takie klimaty.
Jak na prawdziwy pub przystało do wyboru mamy głównie alkohole plus ewentualnie herbaty, kawy i ciasta. Z piw można polecić np. Bernarda albo Książęce ciemne łagodne z kija. My tym razem w Świetlicy żądaliśmy
Świetlica to bardzo dobre miejsce na spotkania ze znajomymi przy piwie. Jest tu wbrew pozorom (wejście do knajpy jest małe, od razu jest bar - z zewnątrz wygląda jakby lokal miał tyle miejsca w środku co szewc przy Żelaznej) całkiem sporo miejsca. Plusem są dobre piwa, niezła kawa, własne ciasta oraz dobrze dobrana muzyka w tle. W weekendy można się tu natknąć na koncerty lub jakieś inne eventy. Spoko - ocena bardzo dobra. Siadaj.
Etykiety:
5 starów,
bar,
brownie,
ciasto,
deser,
kawa,
książęce ciemne łagodne,
piwo,
piwo bernard,
pub,
sernik z kajmakiem,
stare meble,
śródmieście,
warszawa
czwartek, 20 lutego 2014
Bar Kefirek - Warszawa/Bródno-Ugory
Kefirek to jeden z ostatnich prawdziwych mleczaków w Warszawie. Jest bardzo mało znany, bo znajduje się na skraju Warszawy czyli na Bródnie (dokładnie przy ulicy Kondratowicza, niedaleko skrzyżowania z Łabiszyńską). Z zewnątrz jest to zwykły mleczak, w środku niby też. Różnica polega na tym, że zanim przejdziemy do sali ze stolikami przechodzimy przez sklep spożywczy. Dziwne, ale robi swoisty klimat. Klimat robią też panie z obsługi w czerwonych, klasycznych fartuchach. Są niemiłe, patrzą w drugą stronę jak się stoi przy ladzie i olewają klienta kiedy tylko mają na to ochotę.
W menu standardowe dania baru mlecznego, od klusek i leniwych do kotletów mielonych i schabowych. My byliśmy w Kefirku po 16tej w sobotę, więc do wyboru mieliśmy tylko wybrane potrawy. Nigdy w prawdziwych mleczakach nie zostawia się potraw na drugi dzień, więc pod koniec poprzedniego właściwie nie ma już nic. Trudno - wybierając bar mleczny zgadzasz się na wszystkie konsekwencje tego wyboru. Obsługa w tych barach cały czas myśli, że prezydentem jest Jaruzelski, a jedyną partią w sejmie jest PZPR. Dlatego musiałem wziąć to co było czyli schabowego z ziemniakami i buraczkami oraz pomidorową.
Za cały zestaw zapłaciłem 20,20 zł czyli nie tak mało jak na warunki baru mlecznego. W Barze Sady zapłaciłbym około 13 - 14 zł za taką samą jakość. No właśnie, jakość czyli jak smakowały potrawy? Normalnie czyli standard baru mlecznego. Nie było źle, nie było też super. Najważniejsze, że dania były w miarę świeże i nie odgrzewane po raz piętnasty. Prawie jak u cioci na imieninach.
Najgorzej było z zupą, która była po prostu zimna. W ogóle była trochę wodnista, a pani pożałowała ryżu. Trudno.
Jak ocenić Kefirek? Trudna sprawa. Bar posiada fajny klimat, mimo iż obsługa nie jest zbyt miła. Być może powodem było to, że trafiliśmy na koniec dnia i paniom po prostu już się nie chciało. Poza tym cena za standardowy zestaw była zbyt wysoka jak na bar mleczny, a do całości dochodzi bardzo słaba zupa. Niestety muszę dać Kefirkowi zaledwie 3 stary i to z minusem, choć wiem że potrafią gotować lepiej.Tym razem im nie wyszło.
W menu standardowe dania baru mlecznego, od klusek i leniwych do kotletów mielonych i schabowych. My byliśmy w Kefirku po 16tej w sobotę, więc do wyboru mieliśmy tylko wybrane potrawy. Nigdy w prawdziwych mleczakach nie zostawia się potraw na drugi dzień, więc pod koniec poprzedniego właściwie nie ma już nic. Trudno - wybierając bar mleczny zgadzasz się na wszystkie konsekwencje tego wyboru. Obsługa w tych barach cały czas myśli, że prezydentem jest Jaruzelski, a jedyną partią w sejmie jest PZPR. Dlatego musiałem wziąć to co było czyli schabowego z ziemniakami i buraczkami oraz pomidorową.
Za cały zestaw zapłaciłem 20,20 zł czyli nie tak mało jak na warunki baru mlecznego. W Barze Sady zapłaciłbym około 13 - 14 zł za taką samą jakość. No właśnie, jakość czyli jak smakowały potrawy? Normalnie czyli standard baru mlecznego. Nie było źle, nie było też super. Najważniejsze, że dania były w miarę świeże i nie odgrzewane po raz piętnasty. Prawie jak u cioci na imieninach.
Najgorzej było z zupą, która była po prostu zimna. W ogóle była trochę wodnista, a pani pożałowała ryżu. Trudno.
Jak ocenić Kefirek? Trudna sprawa. Bar posiada fajny klimat, mimo iż obsługa nie jest zbyt miła. Być może powodem było to, że trafiliśmy na koniec dnia i paniom po prostu już się nie chciało. Poza tym cena za standardowy zestaw była zbyt wysoka jak na bar mleczny, a do całości dochodzi bardzo słaba zupa. Niestety muszę dać Kefirkowi zaledwie 3 stary i to z minusem, choć wiem że potrafią gotować lepiej.Tym razem im nie wyszło.
środa, 19 lutego 2014
Kercelak Bar dla wszystkich - Warszawa/Mirów
Ale dość o wystroju, teraz coś o żarciu. W ofercie Kercelaka jest dużo dań: od pierogów i pyz przez kotlety mielone i schabowe do golonki - są również oferty dnia z ciekawym zestawem za nie więcej niż 20 zł. Tym razem wybraliśmy jednak dania barowe - czyli fasolkę po bretońsku (10 zł), bigos (9 zł) i tatar wołowy (10 zł). Generalnie wszystkie potrawy można opisać tak samo: dobre, świeże i takie jak się spodziewałem. Porcje są duże, a kucharz nie oszczędza na mięsie. Tatar mielony, ale dobry i wystarczający.
Kercelak jest też dobrym miejscem na spotkania przy wódce czy piwie (ostatnio było piwo Żywe z Ambera). Z pewnością barmani pomogą w zorganizowaniu dobrej imprezy.
Ocena baru nie jest łatwa. Potrawy są dobre i tanie, obsługa ciekawa i fajna. Najgorzej jest z wystrojem knajpki, w szczególności z denerwującym telewizorem. Po co on tam wisi? Tatar oceniam na 5, inne
potrawy na 6, atmosferę i wystrój na 4, co daje razem średnią 5 starów. Z pewnością jeszcze tu wrócimy na większy obiad.
Etykiety:
5 starów,
bar,
bar dla wszystkich,
bigos,
cholerny telewizor,
dobre żarcie,
fasolka po bretońsku,
gazetki ścienne,
kercelak,
mirów,
tanie żarcie,
tatar,
tatar wołowy,
warszawa,
wola,
wódka
piątek, 7 lutego 2014
Tapas Bar - Warszawa/Żoliborz
Mieszkam na Żoliborzu, a dopiero teraz trafia na Degum pierwsza knajpa z tej dzielnicy. Jest co najmniej kilka powodów tej sytuacji. Po pierwsze jest tutaj mało lokali, choć od jakiś dwóch lat ich ilość systematycznie wzrasta. Po drugie ceny prezentowane przez żoliborskie restauracje i bary to jakiś skandal nad skandale. Boje się tam wchodzić - niedługo będą żądać za schabowego 6 mln dolarów, 6 kg złota i ofiarę w postaci ciała sąsiada. Wkrótce przy wejściu do każdego baru na Żoliborzu trzeba będzie podpisywać kartkę z zobowiązaniem: za zjedzenie kotleta w tym lokalu oddaje wszystkie swoje oszczędności, samochody i magnetowidy marki Sanyo. Moim zdaniem tania knajpa na Żoliborzu zrobiła by furorę, z drugiej strony każda z tych drogich ma wciąż nowych klientów. Zatem po co się męczyć z mniejszą marżą? Coś w tym jest.
Sklep i Tapas Bar sieci Złoto Hiszpanii powstało przy Kinie Wisła na placu Wilsona całkiem niedawno. W związku z obawą o moje oszczędności i magnetowid Sanyo bałem się tam nawet zaglądać. Wczoraj byłem w kinie, była zatem okazja by przezwyciężyć strach i wejść do środka.
Połączenie sklepu i baru z tapasami to fajny pomysł. Mnie się podoba. Panuje tu dobry klimat, podobny do barów w Hiszpanii. W wystroju dominuje krwisty kolor czerwony, trochę to denerwujące, ale ogólnie jest ładnie i schludnie. Na ścianach są półki z hiszpańskim winem i innymi produktami. Np. jest zupa groszkowa do wykonania w domu za jedyne 28 zł. Chyba ich grzmi.
Na miejscu można zamówić coś z karty lub kupić jeden z produktów. Ceny serów to od 9 do 12 zł za 100 gram ( nie za 1 kg). Wszystkie produkty wyglądają naprawdę dobrze, od razu chciało by się je schrupać. Nic dziwnego, że są drogie (choć dla mnie za drogie)
Zamówiliśmy małe przekąski i kawę. Pani Fi wzięła grzankę z musem foie gras za 7 zł, a ja chorizo z cukinią w sosie winnym (19 zł). Co tu dużo mówić - potrawy były bardzo dobre. Szczególnie chorizo przypadło mi gustu. Naprawdę świetne.
Wszystko dobrze, ale narzut baru wynosi jakieś 6000%, ceny są po prostu z kosmosu. Rozumiem, że są to dobre produkty, a kucharz nie robi potraw z byle czego i byle jak, ale ludzie - opamiętajcie się! 7 zł za jedną sznytkę bułki? 19 zł za pół chorizo wymieszane z 1 gramem cukinii i łykiem białego wina? Dajcie spokój. Wolę iść do Amritu po przeciwnej stronie placu na jakiś tam kebab.
Inne ceny w Tapas Bar - sałatki zaczynają się od 30 zł, danie mięsne osiągają ceny, o których boję się nawet pomyśleć, tatar z tuńczyka to wydatek 45 zł itd. itp. Chyba tyle mnie widzieli.
Żoliborskie ceny nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Jak ocenić ten bar? Dla tych, którzy zarabiają nieograniczone sumy pieniędzy Tapas Bar jest dobrym miejscem, bo można tu dobrze zjeść, wydając na jedną kolację 200 zł na osobę. Według mnie to za dużo nawet jeśli potrawy są naprawdę dobre. Dla szukających dobrego i taniego jedzenia dla normalnych ludzi mam jedną radę: uciekajcie! Sugeruje nawet nie patrzeć w stronę Tapas Baru. Nie da się tu zjeść po ludzku. Zatem daję 3 stary czyli ocenę dostateczną - beznadziejnie wysokie ceny równoważą się z dobrą kuchnią.
Sklep i Tapas Bar sieci Złoto Hiszpanii powstało przy Kinie Wisła na placu Wilsona całkiem niedawno. W związku z obawą o moje oszczędności i magnetowid Sanyo bałem się tam nawet zaglądać. Wczoraj byłem w kinie, była zatem okazja by przezwyciężyć strach i wejść do środka.
Połączenie sklepu i baru z tapasami to fajny pomysł. Mnie się podoba. Panuje tu dobry klimat, podobny do barów w Hiszpanii. W wystroju dominuje krwisty kolor czerwony, trochę to denerwujące, ale ogólnie jest ładnie i schludnie. Na ścianach są półki z hiszpańskim winem i innymi produktami. Np. jest zupa groszkowa do wykonania w domu za jedyne 28 zł. Chyba ich grzmi.
Na miejscu można zamówić coś z karty lub kupić jeden z produktów. Ceny serów to od 9 do 12 zł za 100 gram ( nie za 1 kg). Wszystkie produkty wyglądają naprawdę dobrze, od razu chciało by się je schrupać. Nic dziwnego, że są drogie (choć dla mnie za drogie)
Zamówiliśmy małe przekąski i kawę. Pani Fi wzięła grzankę z musem foie gras za 7 zł, a ja chorizo z cukinią w sosie winnym (19 zł). Co tu dużo mówić - potrawy były bardzo dobre. Szczególnie chorizo przypadło mi gustu. Naprawdę świetne.
Wszystko dobrze, ale narzut baru wynosi jakieś 6000%, ceny są po prostu z kosmosu. Rozumiem, że są to dobre produkty, a kucharz nie robi potraw z byle czego i byle jak, ale ludzie - opamiętajcie się! 7 zł za jedną sznytkę bułki? 19 zł za pół chorizo wymieszane z 1 gramem cukinii i łykiem białego wina? Dajcie spokój. Wolę iść do Amritu po przeciwnej stronie placu na jakiś tam kebab.
Inne ceny w Tapas Bar - sałatki zaczynają się od 30 zł, danie mięsne osiągają ceny, o których boję się nawet pomyśleć, tatar z tuńczyka to wydatek 45 zł itd. itp. Chyba tyle mnie widzieli.
Żoliborskie ceny nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Jak ocenić ten bar? Dla tych, którzy zarabiają nieograniczone sumy pieniędzy Tapas Bar jest dobrym miejscem, bo można tu dobrze zjeść, wydając na jedną kolację 200 zł na osobę. Według mnie to za dużo nawet jeśli potrawy są naprawdę dobre. Dla szukających dobrego i taniego jedzenia dla normalnych ludzi mam jedną radę: uciekajcie! Sugeruje nawet nie patrzeć w stronę Tapas Baru. Nie da się tu zjeść po ludzku. Zatem daję 3 stary czyli ocenę dostateczną - beznadziejnie wysokie ceny równoważą się z dobrą kuchnią.
poniedziałek, 3 lutego 2014
Bar Prasowy - Warszawa/Śródmieście
Bar Prasowy powinien przystąpić do akcji "Zjeść po ludzku" - tak dobrego żarcia za tak niewielkie pieniądze próżno w stolicy szukać. Jestem absolutnie zakochany w Prasowym. Nie dziwię się, że to miejsce zdobyło Wdechę 2013 za miejsce roku.
W sobotę jak zwykle zjedliśmy tu świetny i tani obiad. Na pierwszy rzut poszła ogórkowa (4,5 zł). Ale jaka ogórkowa? Mmmm... z dużą ilością gadżetów (czytaj warzyw) i mięsem. Gęsta, duża i bardzo smaczna. Palce lizać. Łyżkę też.
Na drugie danie wzięliśmy tzw. danie dnia czyli de wolaj z kaszą lub ziemniakami plus kompot i surówka (17 zł). Drobiowy kotlet nie był tym razem nadziewany masłem tylko pieczrkami z serem i jakąś zieleniną. Był świetny. Przede wszystkim świeży, soczysty, a nadzienie było znakomite. Minus za niezbyt ciepłą kaszę.Pani AM zamówiła inną potrawę: polędwiczki w sosie grzybowym z kaszą. Mówiła, że trzymają poziom. I to za 18zł w zestawie z surówkami i kompotem. Zatwierdzam.
Jak zwykle daję Prasowemu 6 starów. Nie można inaczej. I jeszcze na marginesie - wnętrze Prasowego jest naprawdę w porzo.
Adres: Marszałkowska, niedaleko Litewskiej i Zoli.
W sobotę jak zwykle zjedliśmy tu świetny i tani obiad. Na pierwszy rzut poszła ogórkowa (4,5 zł). Ale jaka ogórkowa? Mmmm... z dużą ilością gadżetów (czytaj warzyw) i mięsem. Gęsta, duża i bardzo smaczna. Palce lizać. Łyżkę też.
Na drugie danie wzięliśmy tzw. danie dnia czyli de wolaj z kaszą lub ziemniakami plus kompot i surówka (17 zł). Drobiowy kotlet nie był tym razem nadziewany masłem tylko pieczrkami z serem i jakąś zieleniną. Był świetny. Przede wszystkim świeży, soczysty, a nadzienie było znakomite. Minus za niezbyt ciepłą kaszę.Pani AM zamówiła inną potrawę: polędwiczki w sosie grzybowym z kaszą. Mówiła, że trzymają poziom. I to za 18zł w zestawie z surówkami i kompotem. Zatwierdzam.
Jak zwykle daję Prasowemu 6 starów. Nie można inaczej. I jeszcze na marginesie - wnętrze Prasowego jest naprawdę w porzo.
Adres: Marszałkowska, niedaleko Litewskiej i Zoli.
Etykiety:
6 starów,
bar,
bar mleczny,
centrum,
de wolaj,
dobre ceny,
dobre żarcie,
fajny klimat,
kasza,
ładne wnętrze,
marszałkowska,
ogórkowa,
polędwiczki,
prasowy,
śródmieście,
tanie żarcie,
zjeść po ludzku
Subskrybuj:
Posty (Atom)



































