Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3 stary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3 stary. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 października 2014

Mleczarnia Jerozolimska - Warszawa/Budki Szczęśliwickie

    Tytuł może wprowadzać w błąd - jakie Budki? jakie szczęśliwickie? Przecież tam są same krzaki, tam nic nie można zjeść. Macie rację, ale jednak centrum handlowe gdzieś musi mieć adres. Akurat Centrum Reduta znajduje się w okolicach Budek Szczęśliwickich. Od niedawna na I piętrze można w Reducie znaleźć bar mleczny Mleczarnia Jerozolimska - filię prywatnego i całkiem nowego baru mlecznego z centrum Warszawy (nie będzie tu klimatu z PRL i pani kasjerki krzyczącej na żuli).

    Bardzo dobry pomysł na bar. Generalnie zazwyczaj nie jadam w centrach, bo można tam zjeść tylko śmieci. Ale bar mleczny? To brzmi dobrze. Menu też jest niezłe. Przynajmniej z wyglądu. Codziennie inna oferta - podobnie jak w Prasowym. Fajne potrawy, ciekawe smaki. I do tego 50% obniżki na wszystko! Łał! Normalnie odlot - szczęka wypadła mi na trotuar - można by z niej sprzedawać towary deficytowe jak kiedyś pod Pałacem. Promocje związane były chyba z otwarciem lokalu - bo jak oferta jest na stałe to będzie to najtańszy bar w mieście.
    Zamówiliśmy zupę pomidorową z ryżem, kaszę (tak po prostu - pani Ptak lubi) oraz potrawkę z kurczaka z kaszą i warzywami. Za wszystko zapłaciliśmy 10,40. Jak łatwo obliczyć normalnie kosztowało by 20,80. Też nieźle.

   Co dostaliśmy naprawdę? Dość zimną zupę z niedogotowanym ryżym. Do tego niezbyt smaczną.  Średnią kaszę i całkiem niezłego kurczaka z rozgotowanymi warzywami.
   Mam dużą sympatię do inicjatywy nowych barów mlecznych. To fajny interes. Ale tym razem nie wyszło. Zupa naprawdę była średnia - na poziomie baru złota kurka - a to nie jest dobra rekomendacja. Kurczak był dobrze przyprawiony, dość smaczny, a porcja była solidna. Niestety warzywa (kalafior, marchew) były wyjątkowo rozgotowane, a co za tym idzie bez smaku.

   Za ceny i pomysł mogę dać 6, za zupę 0. Reszta potraw średnia lub trochę lepiej niż średnia. Werdykt: mocna trójka. I tak nieźle - za tą zupę powinni iść siedzieć.




środa, 24 września 2014

Bar Mleczny Marymont - Warszawa/Stare Bielany

     Wbrew nazwie Bar Mleczny Marymont znajduje się na Starych Bielanach przy ulicy Marymonckiej. Jest zachowany jak Władysław Bartoszewski - w niezmienionej formie. Głównym wyróżnikiem baru jest tablica z plastikowymi literkami, fioletowe ściany i fototapeta z palmą w drugiej salce. Kuchnia wygląda "branżowo" - są aluminiowe garnki, mnóstwo palników z gazem podgrzewających zupy i pochodne oraz panie w fartuchach z klasycznym: "co podać?" na ustach. Przed kasą zawsze sterczy starszy obywatel i liczy 4,50 za pół porcji czegoś plus pół zupy. Jest naprawdę klimatycznie.

   Warto przyjrzeć się bliżej tej tablicy - to jedna z ostatnich działająca z takim rozmachem. Czego tu nie ma? Panie! A ceny przystępne. Niestety kuchnia w Marymoncie zawsze była raczej średnia - co jest chyba najgorsze w tym wszystkim.

    Tym razem byłem tu przelotem i wpadłem tylko na chłodnik, który potwierdził moją opinię o barze. Był jakby lepszy niż w poprzednich latach, ale nadal nie wyszedł poza stan średni, jakby to określił typowy Mirek - handlarz Volkswagenami. Chłodnik = 4,50. Porcja średnio duża, z małą ilością gadżetów (czyt. warzyw i przypraw), ale zjadliwy. Gdyby kosztował 6 zł, a kucharki nie pożałowałby większej ilości nowalijek to byłoby ekstra.
   A tak jest tylko 3 z plusem. Na razie za chłodnik - zapewne wpadnę tu zimą na większy obiad.



czwartek, 10 lipca 2014

Warburger - Warszawa/Mokotów

      I znowu trafiłem do burgerowni. Jak ja to robię, skoro za nimi nie przepadam. Ale z drugiej strony - La Scarpetta nie była zła... Powód wizyty jest prosty - w pobliskim Mezze była kolejka na 45 osób, więc spragniony małej kolacji wybrałem Warburgera. Na marginesie warto dodać, że knajpka znajduje się na rogu Puławskiej i Dąbrowskiego.
   

    No i co ja mam napisać o Warburgerze? Jest to typowa hipsterska burgerownia jakich wiele. Na ich usprawiedliwienie mogę napisać, że to oni byli jedni z pierwszych, a to inni zerżnęli knajpy. Ale co z tego? I tak wszystko jak z pieczątki. Niby fajne są krzesła i stoły z byle czego. Dobrze, że na stolikach oprócz chusteczek czy ręczników papierowych są także mokre serwetki. Ale to i tak nie to czego szukam. Tym bardziej, że burgery są po prostu drogie.

   Zwykły hamburger i cheesburger kosztują po 19 zł. A chilli burger, którego wówczas wszamałem 23 zł. Drogo, drogo i jeszcze raz drogo. Co dostajemy w zamian? Całkiem niezłą bułkę, z niewielkim, ale świeżym kotletem wołowym plus jakieś tam sałaty. Wszystko całkiem dobre w smaku, ale bez szału z cyklu: o, kurwa! jaki zajebisty hamburger! ja pierdolę! Nic z tych rzeczy. Moim zdaniem w przypadku chilli burgera o jakieś 10 - 13 zł za drogo.

     Razem: 3 stary. Warburger to nic specjalnego. Oczywiście burger nie jest zły, jak na hamburgera trzyma poziom. W zasadzie nic mu nie brakuje - tylko cena robi nas w przysłowiowego ch... W takim wypadku wolę Bar Hami na Bielanach, który też dostał 3 stary. Zdecydowanie.

Bar Malwa - Warszawa/Chomiczówka

     Zasadniczo do barów mlecznych powinno stosować się trzystopniową ocenę: bardzo dobry, średni, bardzo zły. Stanów pośrednich właściwie nie ma. I tak też jest z Barem Malwa znajdującym się w pawilonach handlowych przy ulicy Conrada. Malwa to ważne miejsce, bowiem jest to jeden z ostatnich barów mlecznych na osiedlu z wielkiej płyty. Niestety większość już nie istnieje. Ten też jest już prywatny, ale nadal działa i to dosyć prężnie.
    W środku koniec lat 80. pełną gębą i niewiele klientów. Była dopiero 12ta, więc największy tłok był przed nami. Specjałem zakładu jest placek po zbójnicku po 14 zeta. Jadłem go ostatni raz w 2003 roku, więc nie będę się na jego temat wypowiadał. Dziś wpadłem tu tylko na chłodnik po 6 zeta.

   Chłodnik jak chłodnik Nic specjalnego. Przyprawiony jest bardzo dobrze, smakuje też nieźle. Niestety jest wodnisty i brakuje mu gadżetów (czyt. warzyw). Nie znajdziesz w nim ogórka, ani rzodkiewki, ani innych nowalijek. Zasadniczo znajdziesz w nim tylko jajo i szczypiorek. Trochę za mało.

     W związku z niezbyt duża ilością warzyw w środku i ogólną malizną, chłodnik z Malwy dostaje 3 stary. Jeszcze tu wpadniemy - pamiętam, że pierogi robiły niezłą robotę...



poniedziałek, 26 maja 2014

Inferno - Warszawa/Jelonki

     Czasem warto wybrać się na urodziny kolegi do dziwnej knajpy. Przecież gdyby nie to zaproszenie, nigdy w życiu bym tu nie trafił. Oczywiście słowo warto nie odnosi się do samej knajpy, tylko do możliwości poznania lokalu. No bo powiedzmy sobie szczerze - dziwna osiedlowa pizzeria to nie miejsce do którego chciałbym wracać. Pewnie znacie takie lokale? W zasadzie wszystkie są takie same. Nie ważne czy są na blokowisku wielkiego miasta czy na rynku powiatowego miasteczka. Zawsze są beznadziejne kolory ścian, przypadkowe stoły, ozdoby które nie są zdobne, całość jest jak z miesięcznika z lat 90.
     Jak widać tak samo jest Inferno, które znajduje się na Jelonkach w jednej z odnóg od ulicy Lazurowej. W pawilonie z lat 80. wykonanym z blachy falistej.

    Muszę przyznać, że oferta Inferno jest całkiem niezła. Oprócz pizzy są też typowe dania obiadowe, zupy, sałatki. Jest także piwo jakiejś popularnej marki, specjalnie dla mieszkańców pobliskich bloków - kibiców Legii. Im też się coś należy.

   Nie jestem fanem pizzy toteż wziąłem sałatkę z tuńczykiem i chłodnik.
    Sałatka niestety nie była jakąś rewelacją. Kawałki czegokolwiek polane majonezem. Nic ciekawego. Zjadliwe, ale kompletnie bez koncepcji. Jakby kucharz wrzucił to co miał "przecież to sałatka - nie ważny jest smak". Dlatego sałatka może siadać - otrzymuję ocenę mierną. Jedyny jej plus to cena typu kilkanaście złotych.
    Chłodnik był najjaśniejszym punktem tego dnia (oprócz jubilata rzecz jasna) - za 6 zł otrzymałem solidną porcję ulubionej zupy, wypełnioną świeżymi składnikami. Niestety chłodnik miał swoje problemy - po pierwsze był zbyt wodnisty - po prostu za mało gęsty. Po drugie brakowało mu wyrazistości - pieprz i sól od razu poszły w ruch. Mimo to trzeba uznać go za całkiem dobry, szczególnie jak na takie miejsce. Znacznie podnosi średnią za semestr oceną dobrą.
     Siedzieliśmy w Inferno dłuższą chwilę, więc ktoś zamówił także pizzę, którą udało mi się skubnąć. Niby zwykła margerita, a jednak całkiem, całkiem. Lepsza od sieciówek typu Da Grasso czy beznadziejnej TelePizzy. Czuć było niezbyt dobrej jakości ser, co mocno obniża ocenę produktu. Ale mimo to całkiem nieźle - dałbym nawet 3 z plusem.

   Reasumując - Inferno wyglądem odstrasza. Wręcz chce się od razu uciec do Muzeum Sztuki Współczesnej pooglądać coś ładnego. Na szczęście lokal nadrabia ofertą, bo oprócz jakotakiej pizzy można tu zjeść schabowego z zupą. Sałatka słaba, ale chłodnik zadziwiająco zjadliwy. Zatem 3 stary się należą. Jak na lokalną knajpkę blokową w baraku - całkiem nieźle.





poniedziałek, 19 maja 2014

Restauracja u Grubego - Wielogóra k/Radomia

     Trafiliśmy tutaj wracając z zakupów w lubelskim. Transakcja był udana - mieliśmy ze sobą Wartburga, rocznik 1966. Trzeba było to uczcić obiadem w Restauracji u Grubego na trasie numer 7 na odcinku Radom - Białobrzegi Radomskie.
    To nie jest zwykła restauracja to fabryka potraw. W wielkiej hali z blachy oprócz restauracji mieści się także market chiński. I trzeba przyznać, że pasuje tu jak nic innego. Generalnie u Grubego to knajpa, w której na raz może być organizowane siedem wesel, dwanaście komunii i chrzciny małego Stasia. Wszyscy się pomieszczą, a nawet nie będą się widzieć dzięki systemowi ohydnych ścianek. Oczywiście oprócz ścianek, stołów i krzeseł mamy do czynienia z dekoracjami typu rokoko '92 oraz błędami architekta amatora. Dajmy na to n samym środku jest wielki skalniak z czymś tam. Wygląda to strasznie i zajmuje cenne miejsce.
    Wystrój fatalny, ale to nas nie zniechęciło - jak duża knajpa to jedzenie nie może być straszne. Straszne nie było, ale zachwytów też nie odnotowaliśmy. Ot, zwykłe żarcie na trasie. I wcale nie tanie.

    Zamówiłem żurek (7 zł), grillowanego kurczaka z ziemniakami (21 zł) plus woda mineralna (4 zł). Jak już wspomniałem, otruć się nie otrułem, potrawy były poprawne. Żurek całkiem zwykły, z kiełbasą typu kwieciszewo (czyt. najtańszą), mało wyrazisty, ale zjadliwy.
    Drugie danie podobne. Kuczak świeży, niezbyt suchy co jest już dużym sukcesem. Jako dodatek zamówiłem młode ziemniaki - a byliśmy tam 1 maja. Trochę to dziwne - młode kartofle w tym okresie, ale jak są młode to trzeba je zamówić - nie ma to tamto. Nie zachwyciły mnie  - na pewno były z importu.  Właściwie nie smakowały lepiej od starych...
    Reasumując Restauracja u Grubego zachwyca typowym mazowieckim folklorem - wielka hala, krzesła przebrane w prześcieradła, złoto i muzyka disco polo w tle. Klimat nie podrobienia. Jedzenie świeże, ale bardzo zwykłe. Nic nadzwyczajnego, dlatego można się tu zatrzymać tylko wtedy kiedy chcemy mieć pewność, że nasza wizyta nie zamieni się w problemy gastryczne pierwszego stopnia. Ale jeśli chcemy zjeść coś naprawdę wyjątkowego trzeba szukać dalej.

    A! Zapomniałbym - do klimatu należy dodać zepsuty ekspres do kawy i w związku z tym dostaliśmy kawę plujkę, która jest w cenniku po 4 zł czy coś takiego. 3 stary dla Radomia.





piątek, 7 marca 2014

Krokiecik - Warszawa/Śródmieście


     W Krokieciku byłem ostatni raz około 10 lat temu. Generalnie tania knajpka z polskim żarciem przy ulicy Zgoda (niedaleko ulicy Przeskok) znajduje się w tym miejscu od lat 90. I tak wygląda - nic się tu nie zmieniło. Wnętrze jest ponure i nieciekawe - zresztą tak samo jak epoka w której powstało.  

     Serwuje się tu dania barowe, podobne jakościowo do standardowego baru mlecznego. Nic specjalnego. Lokal działa głównie w godzinach pracy tutejszych biur i jest nastawiony na taką właśnie klientelę. My byliśmy w Krokieciku po 18tej, gdy do dyspozycji były już tylko ochłapy oferty. Wybraliśmy: kurczaka z suszonymi pomidorami z ziemniakami i solidną porcją marchewki (19 zł) oraz naleśnika z truskawkami.
     No cóż. Potrawa nie była zła. Taka Dacia wśród samochodów. Specjalnej burzy zachwytów u mnie nie wywołała. Kurczak w sosie był mało wyrazisty, a pomidorów w ogóle nie czułem. Reszta ok.

    Co do naleśnika to lepiej nic o nim nie wspominać - zimny, z mrożonymi owocami (z drugiej strony innych owoców teraz nie ma - wina po stronie zamawiającego). Generalnie nic specjalnego. 
   Krokiecik oferuje średni standard baru mlecznego czyli w miarę dobre jedzenie po taniości w centrum Warszawy. Tylko czy inne knajpy w czasie lunchu nie oferują lepszego żarcia w tej samej cenie? Chyba tak. Dodatkowy plus plusowy za piwo Łomża - nie w każdym barze mlecznym mamy taki asortyment.

   Ocena: 3 stary z plusem. Myślę, że następny raz wstąpię tu za kolejne 10 lat.

wtorek, 25 lutego 2014

Nicki's Bbq & Grill - Warszawa/Pyry


     Czy musiało do tego dojść? Widocznie musiało skoro doszło. W Przewodniku Degum pojawiła się pierwsza knajpa z hamburgerami. Nie przepadam za nimi, tak jak i nie przepadam za pizzą czy kebabem, ale czasem można coś takiego skubnąć i co mi pan zrobisz? Tym bardziej, że tego rodzaju knajpy powstają jak grzyby po deszczu. Niedługo będzie więcej burgerowni od kiosków ruchu. Kto tam je? Czy jest tyle nic nierobiących hipsterów? Przypuszczam, że wkrótce wiele z nowo otwartych burgerowni padnie, albo nie nazywam się Dezydery Płaszcz.

     Na pierwszy rzut poszła dość osobliwa burgerownia znajdująca się przy ulicy Puławskiej 501 na Pyrach. Na osiedlu Pyry powinni zrobić jakąś knajpę z ziemniakami - hit murowany. Ja bym jeszcze obwiesił budynek szalikami Lecha Poznań, żeby wystrój pasował do nazwy.

    Ale wróćmy do Nicki's Bbq & Grill. Lokal mieści się w budzie po jakimś punkcie z oknami czy szafami wnękowymi. Generalnie nie jest dobrze. Całość rozbudowano za pomocą płyt OSB. Wyszło to co wyszło, ale z drugiej strony przydrożne knajpy w USA nie wyglądają lepiej.
     Zawsze się dziwie kto tutaj przyjeżdża? Nicki's położone jest fatalnie, przy ruchliwej ulicy, gdzie wszyscy jeżdżą ponad 80 km/h, a poza tym tu nie ma żadnej cywilizacji. Zawsze śmiałem się z tej lokalizacji. I pewnie dlatego się tu zatrzymałem. Szczerze mówiąc w okolicy nic ciekawego nie ma. Znaczy jest - McDonald's, ale to jest patologia.

    W ofercie Nicki's Bbq & Grill są burgery, frytki, kurczaki i quesadillas. Byłem u nich w czasie pracy, więc wybrałem ofertę typu happy hours czyli wołowina plus frytki i surówka za 18 zł. Inne ceny: standardowy burger 15 zł, frytki 5 zł.

    Niestety potrawa jest podawana na plastikowym talerzyku. Sztućce też są plastikowe - nie lubię tego. Ale co robić. Trzeba zjeść. Wołowina była świeża i soczysta, frytki raczej słabe - takie zwykłe - niczym sie niewyróżniające (a czym miałyby się niby frytki wyróżniać?), a sałatka z sałaty, cebuli, pomidorów i innych takich naprawdę bardzo dobra. Całość oceniam na 4 z plusem. Niestety sympatyczny bar nie może dostać mocnej czwórki, ani piątki - plastikowe sztućce, przypadkowe wnętrze niweczą cały klimat budy. Nawet przemyślany zestaw muzyki (AC DC, Bruce Springsteen) nie poprawi oceny - 3 mocne stary to najwyżej co mogę dać.

czwartek, 20 lutego 2014

Bar Kefirek - Warszawa/Bródno-Ugory

     Kefirek to jeden z ostatnich prawdziwych mleczaków w Warszawie. Jest bardzo mało znany, bo znajduje się na skraju Warszawy czyli na Bródnie (dokładnie przy ulicy Kondratowicza, niedaleko skrzyżowania z Łabiszyńską). Z zewnątrz jest to zwykły mleczak, w środku niby też. Różnica polega na tym, że zanim przejdziemy do sali ze stolikami przechodzimy przez sklep spożywczy. Dziwne, ale robi swoisty klimat. Klimat robią też panie z obsługi w czerwonych, klasycznych fartuchach. Są niemiłe, patrzą w drugą stronę jak się stoi przy ladzie i olewają klienta kiedy tylko mają na to ochotę.

    W menu standardowe dania baru mlecznego, od klusek i leniwych do kotletów mielonych i schabowych. My byliśmy w Kefirku po 16tej w sobotę, więc do wyboru mieliśmy tylko wybrane potrawy. Nigdy w prawdziwych mleczakach nie zostawia się potraw na drugi dzień, więc pod koniec poprzedniego właściwie nie ma już nic. Trudno - wybierając bar mleczny zgadzasz się na wszystkie konsekwencje tego wyboru. Obsługa w tych barach cały czas myśli, że prezydentem jest Jaruzelski, a jedyną partią w sejmie jest PZPR. Dlatego musiałem wziąć to co było czyli schabowego z ziemniakami i buraczkami oraz pomidorową.
    Za cały zestaw zapłaciłem 20,20 zł czyli nie tak mało jak na warunki baru mlecznego. W Barze Sady zapłaciłbym około 13 - 14 zł za taką samą jakość. No właśnie, jakość czyli jak smakowały potrawy? Normalnie czyli standard baru mlecznego. Nie było źle, nie było też super. Najważniejsze, że dania były w miarę świeże i nie odgrzewane po raz piętnasty. Prawie jak u cioci na imieninach.
     Najgorzej było z zupą, która była po prostu zimna. W ogóle była trochę wodnista, a pani pożałowała ryżu. Trudno.

    Jak ocenić Kefirek? Trudna sprawa. Bar posiada fajny klimat, mimo iż obsługa nie jest zbyt miła. Być może powodem było to, że trafiliśmy na koniec dnia i paniom po prostu już się nie chciało. Poza tym cena za standardowy zestaw była zbyt wysoka jak na bar mleczny, a do całości dochodzi bardzo słaba zupa. Niestety muszę dać Kefirkowi zaledwie 3 stary i to z minusem, choć wiem że potrafią gotować lepiej.Tym razem im nie wyszło.

piątek, 7 lutego 2014

Tapas Bar - Warszawa/Żoliborz

       Mieszkam na Żoliborzu, a dopiero teraz trafia na Degum pierwsza knajpa z tej dzielnicy. Jest co najmniej kilka powodów tej sytuacji. Po pierwsze jest tutaj mało lokali, choć od jakiś dwóch lat ich ilość systematycznie wzrasta. Po drugie ceny prezentowane przez żoliborskie restauracje i bary to jakiś skandal nad skandale. Boje się tam wchodzić - niedługo będą żądać za schabowego 6 mln dolarów, 6 kg złota i ofiarę w postaci ciała sąsiada. Wkrótce przy wejściu do każdego baru na Żoliborzu trzeba będzie podpisywać kartkę z zobowiązaniem: za zjedzenie kotleta w tym lokalu oddaje wszystkie swoje oszczędności, samochody i magnetowidy marki Sanyo. Moim zdaniem tania knajpa na Żoliborzu zrobiła by furorę, z drugiej strony każda z tych drogich ma wciąż nowych klientów. Zatem po co się męczyć z mniejszą marżą? Coś w tym jest.
      Sklep i Tapas Bar sieci Złoto Hiszpanii powstało przy Kinie Wisła na placu Wilsona całkiem niedawno. W związku z obawą o moje oszczędności i magnetowid Sanyo bałem się tam nawet zaglądać. Wczoraj byłem w kinie, była zatem okazja by przezwyciężyć strach i wejść do środka.
     Połączenie sklepu i baru z tapasami to fajny pomysł. Mnie się podoba. Panuje tu dobry klimat, podobny do barów w Hiszpanii. W wystroju dominuje krwisty kolor czerwony, trochę to denerwujące, ale ogólnie jest ładnie i schludnie. Na ścianach są półki z hiszpańskim winem i innymi produktami. Np. jest zupa groszkowa do wykonania w domu za jedyne 28 zł. Chyba ich grzmi.

     Na miejscu można zamówić coś z karty lub kupić jeden z produktów. Ceny serów to od 9 do 12 zł za 100 gram ( nie za 1 kg). Wszystkie produkty wyglądają naprawdę dobrze, od razu chciało by się je schrupać. Nic dziwnego, że są drogie (choć dla mnie za drogie)

    Zamówiliśmy małe przekąski i kawę. Pani Fi wzięła grzankę z musem foie gras za 7 zł, a ja chorizo z cukinią w sosie winnym (19 zł). Co tu dużo mówić - potrawy były bardzo dobre. Szczególnie chorizo przypadło mi gustu. Naprawdę świetne.
      Wszystko dobrze, ale narzut baru wynosi jakieś 6000%, ceny są po prostu z kosmosu. Rozumiem, że są to dobre produkty, a kucharz nie robi potraw z byle czego i byle jak, ale ludzie - opamiętajcie się! 7 zł za jedną sznytkę bułki? 19 zł za pół chorizo wymieszane z 1 gramem cukinii i łykiem białego wina? Dajcie spokój. Wolę iść do Amritu po przeciwnej stronie placu na jakiś tam kebab.

    Inne ceny w Tapas Bar - sałatki zaczynają się od 30 zł, danie mięsne osiągają ceny, o których boję się nawet pomyśleć, tatar z tuńczyka to wydatek 45 zł itd. itp. Chyba tyle mnie widzieli.
     Żoliborskie ceny nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Jak ocenić ten bar? Dla tych, którzy zarabiają nieograniczone sumy pieniędzy Tapas Bar jest dobrym miejscem, bo można tu dobrze zjeść, wydając na jedną kolację 200 zł na osobę. Według mnie to za dużo nawet jeśli potrawy są naprawdę dobre. Dla szukających dobrego i taniego jedzenia dla normalnych ludzi mam jedną radę: uciekajcie! Sugeruje nawet nie patrzeć w stronę Tapas Baru. Nie da się tu zjeść po ludzku. Zatem daję 3 stary czyli ocenę dostateczną - beznadziejnie wysokie ceny równoważą się z dobrą kuchnią.

środa, 5 lutego 2014

Villa Demetrios - Kałuszyn

     Zasadniczo trudno tu coś napisać, Villa Demetrios to typowa knajpa przydrożna z typowymi polskimi daniami. Od tej typowości aż można zemdleć - szczególnie patrząc na kolumienki i armatę. W menu nie ma dużo potraw. Chyba to dobrze, bo przynajmniej składniki mają szansę być świeże, a nie mrożone.

     Demetrios znajduje się w miejscowości Kałuszyn na trasie numer 2 między Mińskiem Mazowieckiem, a Siedlcami. Z zewnątrz restauracja wygląda strasznie: fatalne kolumny, jakieś przypadkowe armaty, bezsensowne rzeźby i brzydkie lwy. W środku nie jest lepiej. Rokoko w pełnej krasie. 
     Zanim dostaliśmy zamówione dania otrzymaliśmy od firmy chleb ze smalcem. Miło - fajny akcent na powitanie. Co wzięliśmy? Danie dnia za 18 zł czyli pomidorowa plus mielony z ziemniakami i buraczkami. Czyli klasyk nad klasykami. Do tego pani Fi pierogi ruskie, pani AM placek węgierski (18 zł), a pan Ciasteczka wziął filet z kurczaka (19 zł).  
     Efekt? Typowe żarcie z trasy. Nie było źle, ale fajerwerków tez nie widzieliśmy. Pomidorowa bardzo poprawna - odpowiednio kwaśna, duża i z fajnym makaronem. Mielony typowy, nic ponad bary mleczne w Białej Podlaskiej.  
    Placek i ruskie były chyba najlepsze ze wszystkiego. Ciasto w ruskich było bardzo dobre, nierozgotowane i akurat. Farsz ze smakiem i dużą ilością ziemniaków. Co do drugiego dania to sam placek był świetny, gorzej z gulaszem czy jak to nazwać. Nie miał smaku i wyrazistości.

    Najgorzej wypad filet z kurczaka, który po prostu pływał w oleju. Kolega Ciasteczka wprost zatonął na pełnym morzu oleju i do końca dnia nie wypłynął już na ląd. To była zdecydowanie najgorsza potrawa dnia, na którą składały się także odmrażane frytki z marketu.
     Mimo fatalnego kotleta z kurczaka, całość wypadła poprawnie i Villa Demetrios dostaje ode mnie mocną trójkę. Potrawy nas tu nie zaskoczą, ale też raczej nie otrują. Do tego dochodzą znośne ceny i smalec na powitanie. A na tej trasie trudno o dobry bar - więc może warto tu się jeszcze zatrzymać?