Lody z Białobrzegów to legenda. Już w latach 80. zawsze jak jechałem w kierunku Krakowa/Kielc musiałem zjeść lody w Białobrzegach. Wtedy lodziarnia mieściła się w centrum, w małym przedwojennym budyneczku. A może nie przedwojennym? Tak czy siak - niezbyt efektownym. Zawsze obok lodziarni nie było gdzie zaparkować bo absolutnie każdy musiał spróbować tutejszych lodów.
W tej chwili władze wybudowały obwodnicę miasta, a pan Gruszczyński musiał zrobić krok naprzód - w dzisiejszych czasach ludzie są leniwi - nie po to wybudowali trasę, żeby on nadal jeździł przez miasto, bo trzeba kupić lody. Zatem jest też lodziarnia na obwodnicy - a dokładnie tuż za nią stoi fatalny dworek w stylu rokoko, w którym można kupić legendarne lody pana Gruszczyńskiego.
Niestety klimat już nie ten sam - nowe wnętrze w stylu rokoko z polskiej wsi ze szprosami w oknach, złotymi ladami, zaokrągleniami i meblami a'la ludwik XIV. Nie robi to już na nikim wrażenia. Nuda - obrzydlistwo. Na szczęście lody tak jak kiedyś są w kultowych wiaderkach z przykrywką. Miodzio.
A smak? Na szczęście ten sam. Jeżeli chcecie zjeść dokładnie takie lody jak kiedyś się kupowało to koniecznie znajdźcie to miejsce. Specjalność zakładu - lody grylażowe czyli coś z nutą orzecha, czekolady, kawy i czegoś tam jeszcze. inne smaki? Cytrynowe, jagodowe, truskawkowe, pistacjowe i chyba śliwkowe. Zresztą czasami się zmieniają, ale zasadniczo nie ma więcej niż osiem smaków. Pycha. Mistrzowie wśród lodów. 6 starów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 lipca 2014
środa, 30 kwietnia 2014
Być może... - Warszawa/Śródmieście
Kawiarnia Być może... przy placu Unii Lubelskiej to jedno z nowszych miejsc w stolicy. Wystrój jest podobny do innych nowych knajp - czysto, jasno, z białymi płytkami i ładnymi meblami. Jest tu naprawdę ładnie - aż chce się siedzieć. My wpadliśmy tu tylko na wieczorne ciacho i kawę, ale można tu kupić także kanapki, lunch, świeże pieczywo i takie tam.
Zamówiliśmy bezę orzechową oraz sernik ze śliwką. Porcja 12 zł. Musimy przyznać, że kawałki były wielkie. Być może za wielkie, ale chcieliśmy ciacho to je dostaliśmy.
Druga ważna sprawa: wszystko było bardzo smaczne. Po prostu. Warto było wydać 12 zł na kawałek ciasta. Zarówno beza jak i sernik znakomicie wypełniły naszą wieczorną chęć na coś słodkiego. Tego było nam trzeba. Śliwka w serniku nie ciągnęła się ślimak w sosie własnym, a beza było odpowiednio słodka, a nie zbyt słodka. Co uważam jest bardzo ważne.
Kawa jak kawa - dobra i ładnie podana. Generalnie bez zarzutu, ale też bez zachwytów.
Być może... jako miejsce do spożycia ciacha z kawą dostaje 6 starów. Przepraszam, ale nie mam do czego się przyczepić. Nawet WC było ładne.
Być może sprawdzimy jeszcze Być może w kwestii potraw bardziej wytrawnych.
Zamówiliśmy bezę orzechową oraz sernik ze śliwką. Porcja 12 zł. Musimy przyznać, że kawałki były wielkie. Być może za wielkie, ale chcieliśmy ciacho to je dostaliśmy.
Druga ważna sprawa: wszystko było bardzo smaczne. Po prostu. Warto było wydać 12 zł na kawałek ciasta. Zarówno beza jak i sernik znakomicie wypełniły naszą wieczorną chęć na coś słodkiego. Tego było nam trzeba. Śliwka w serniku nie ciągnęła się ślimak w sosie własnym, a beza było odpowiednio słodka, a nie zbyt słodka. Co uważam jest bardzo ważne.
Kawa jak kawa - dobra i ładnie podana. Generalnie bez zarzutu, ale też bez zachwytów.
Być może... jako miejsce do spożycia ciacha z kawą dostaje 6 starów. Przepraszam, ale nie mam do czego się przyczepić. Nawet WC było ładne.
Być może sprawdzimy jeszcze Być może w kwestii potraw bardziej wytrawnych.
Etykiety:
6 starów,
beza orzechowa,
być może,
fajny klimat,
jest dobrze,
kawa,
kawiarnia,
ładne wnętrze,
plac unii,
sernik ze śliwką,
stare meble,
śródmieście,
warszawa
czwartek, 10 kwietnia 2014
Koniec Bajki
Niestety z końcem marca 2014 ostatecznie zamknięto jedną z bardziej klimatycznych warszawskich kawiarni Cafe Bajka, która od lat 50. mieściła się przy Nowym Świecie. Pani, która od lat 80. była ajentem, a potem właścicielką baru, przeszła na zasłużoną emeryturę. Wielka szkoda, bo Bajka była jedną z moich ulubionych knajp. Lubiłem tam przychodzić na zestaw: czarna kawa + kieliszek Pliski + WZ'tka. Mogłem tak siedzieć z godzinę i patrzeć na ludzi przechadzających się Nowym Światem. Chilaut na wysokim poziomie.
Siłą Bajki byli też jej klienci. Jednego z nich nazywaliśmy Kurt Rolsson - głównie ze względu na bezbłędną stylówę podrabiającą turystę z zachodu z 1978 roku. Inny stały gość zawsze mówił rymami częstochowskimi i sam się z tego śmiał. Fajnie było.
Gdy byliśmy tam ostatnio - pod koniec marca - nie wiedzieliśmy, że wkrótce lokal zostanie zamknięty. A dopiero wtedy dowiedziałem się, że można w Bajce zamówić dania barowe. Kto by pomyślał? WuZetki - tak. Szarlotka - tak. Belfast - tak. Ale obiad? Szkoda, ze nie zdążyłem sprawdzić tej fasolki po bretońsku. No trudno - zostaje Amatorska i równie oryginalny co Bajka, Piotruś.
Siłą Bajki byli też jej klienci. Jednego z nich nazywaliśmy Kurt Rolsson - głównie ze względu na bezbłędną stylówę podrabiającą turystę z zachodu z 1978 roku. Inny stały gość zawsze mówił rymami częstochowskimi i sam się z tego śmiał. Fajnie było.
Gdy byliśmy tam ostatnio - pod koniec marca - nie wiedzieliśmy, że wkrótce lokal zostanie zamknięty. A dopiero wtedy dowiedziałem się, że można w Bajce zamówić dania barowe. Kto by pomyślał? WuZetki - tak. Szarlotka - tak. Belfast - tak. Ale obiad? Szkoda, ze nie zdążyłem sprawdzić tej fasolki po bretońsku. No trudno - zostaje Amatorska i równie oryginalny co Bajka, Piotruś.
wtorek, 4 marca 2014
Świetlica - Warszawa/Śródmieście
Dzięki mojej nowej komórce mogę zgłosić się na konkurs: "Najgorsze zdjęcia roku - World Press Foto". Z naciskiem na Foto przez F.
Tym razem zapraszam do nowej knajpki w Śródmieściu - na Marszałkowskiej, przy Oleandrów i na przeciwko Prasowego. Lokal nazywa się Świetlica i jest standardowym pubem. Bardzo standardowym, bo wystrój jest typowy: stare krzesła, nie najnowsze stoły, ciemne ściany i ogólna ciemnica. Generalnie jest bardzo przytulnie - oczywiście jak ktoś lubi takie klimaty.
Jak na prawdziwy pub przystało do wyboru mamy głównie alkohole plus ewentualnie herbaty, kawy i ciasta. Z piw można polecić np. Bernarda albo Książęce ciemne łagodne z kija. My tym razem w Świetlicy żądaliśmysiódemek deseru. Dostaliśmy dobrą kawę i spore kawałki brownie oraz sernika z kajmakiem. Smaczne, świeże (chyba robione na miejscu) i w standardowej cenie (10 zł). Przydało by się ciasta złamać jakimś owocem lub kremem czy czymś. Ale nie ma co narzekać - generalnie było spoko - jak mówi młodzież jak mówiła młodzież 10 lat temu.
Świetlica to bardzo dobre miejsce na spotkania ze znajomymi przy piwie. Jest tu wbrew pozorom (wejście do knajpy jest małe, od razu jest bar - z zewnątrz wygląda jakby lokal miał tyle miejsca w środku co szewc przy Żelaznej) całkiem sporo miejsca. Plusem są dobre piwa, niezła kawa, własne ciasta oraz dobrze dobrana muzyka w tle. W weekendy można się tu natknąć na koncerty lub jakieś inne eventy. Spoko - ocena bardzo dobra. Siadaj.
Tym razem zapraszam do nowej knajpki w Śródmieściu - na Marszałkowskiej, przy Oleandrów i na przeciwko Prasowego. Lokal nazywa się Świetlica i jest standardowym pubem. Bardzo standardowym, bo wystrój jest typowy: stare krzesła, nie najnowsze stoły, ciemne ściany i ogólna ciemnica. Generalnie jest bardzo przytulnie - oczywiście jak ktoś lubi takie klimaty.
Jak na prawdziwy pub przystało do wyboru mamy głównie alkohole plus ewentualnie herbaty, kawy i ciasta. Z piw można polecić np. Bernarda albo Książęce ciemne łagodne z kija. My tym razem w Świetlicy żądaliśmy
Świetlica to bardzo dobre miejsce na spotkania ze znajomymi przy piwie. Jest tu wbrew pozorom (wejście do knajpy jest małe, od razu jest bar - z zewnątrz wygląda jakby lokal miał tyle miejsca w środku co szewc przy Żelaznej) całkiem sporo miejsca. Plusem są dobre piwa, niezła kawa, własne ciasta oraz dobrze dobrana muzyka w tle. W weekendy można się tu natknąć na koncerty lub jakieś inne eventy. Spoko - ocena bardzo dobra. Siadaj.
Etykiety:
5 starów,
bar,
brownie,
ciasto,
deser,
kawa,
książęce ciemne łagodne,
piwo,
piwo bernard,
pub,
sernik z kajmakiem,
stare meble,
śródmieście,
warszawa
wtorek, 25 lutego 2014
Niespodzianka Cafe - Warszawa/Śródmieście
Kawiarnia Niespodzianka znajduje się przy ulicy Marszałkowskiej na przeciwko Baru Prasowego i Teatru Rozmaitości. W środku jest przytulnie,sympatycznie i takie tam - ble, ble, ble. Generalnie jak wszędzie.
Niestety gorzej jest jak się coś zamówi. Przepraszam, ale tak złej kawy nie piłem od czasów komunistycznych. I to jeszcze trafiłem na taką lurę w kawiarni. Nie dziwił bym się gdyby to był jakiś podrzędny bar mleczny albo urząd skarbowy albo areszt śledczy. Ale kawiarnia? W centrum Warszawy? Kawa smakowała jakbym dostał jakieś zlewki. Być może pani barmanka zrobiła napój z tego samego materiału po raz piąty? Nie wiem.
Do kawy wzięliśmy blok czekoladowy (6 zł) - też słaby - więcej ciastek niż czekolady - w Grawitacji jest lepszy (jakby co). Było jeszcze Tiramisu (12 zł). I ten deser ratuje niespodziankę przed totalną porażką. Po prostu Tiramisu było bardzo dobre i właśnie takiego deseru się spodziewałem. I to właśnie Tiramisu ratuje ocenę mierną dla Niespodzianki. Niestety, ale idąc do kawiarni nie spodziewałem się aż takiej niespodzianki. 2 stary i to na szynach.
Niestety gorzej jest jak się coś zamówi. Przepraszam, ale tak złej kawy nie piłem od czasów komunistycznych. I to jeszcze trafiłem na taką lurę w kawiarni. Nie dziwił bym się gdyby to był jakiś podrzędny bar mleczny albo urząd skarbowy albo areszt śledczy. Ale kawiarnia? W centrum Warszawy? Kawa smakowała jakbym dostał jakieś zlewki. Być może pani barmanka zrobiła napój z tego samego materiału po raz piąty? Nie wiem.
Do kawy wzięliśmy blok czekoladowy (6 zł) - też słaby - więcej ciastek niż czekolady - w Grawitacji jest lepszy (jakby co). Było jeszcze Tiramisu (12 zł). I ten deser ratuje niespodziankę przed totalną porażką. Po prostu Tiramisu było bardzo dobre i właśnie takiego deseru się spodziewałem. I to właśnie Tiramisu ratuje ocenę mierną dla Niespodzianki. Niestety, ale idąc do kawiarni nie spodziewałem się aż takiej niespodzianki. 2 stary i to na szynach.
Ciepłe Zimne - Warszawa/Śródmieście
Ciepłe Zimne to niby zwykła cukiernia w centrum (Wilcza, blisko Kruczej), ale nie do końca. Wprawdzie wystrój jest standardowy - typowy dla lokali z lat 90. to oferta jest nieco ciekawsza od wizerunku. Oprócz lodów własnej roboty mają tutaj dobre gofry, a w dni powszednie oferują lunch. Tak, tak. Lunch w cukierni. Dajcie mi święty spokój.
Wpadliśmy tu na niedzielny deser i chyba jesteśmy zadowoleni. W zamrażalce z lodami można znaleźć m. in. lody piwne, miętowe, o smaku białej czekolady. Miły barman po moim zdziwieniu lodami piwnymi dał mi próbkę i muszę powiedzieć, ze są całkiem, całkiem.Gofry też są niczego sobie - przypominają te z wakacji z 1990 roku w Wiśle, więc chyba jest dobrze. Do tego jeszcze dobra kawa i podwieczorek mamy gotowy. Było git, niestety były też minusy.
Oprócz wystroju z lat 90. denerwuje gadające w tle Radio Złote Przeboje, w którym można usłyszeć Backstreet Boys, panią Spears, a potem reklamę leku na hemoroidy. A wystarczyło by puścić jakiekolwiek radio internetowe i byłoby zdecydowanie lepiej. Drugi minus to temperatura panująca na antresoli. Było gdzieś około 600 stopni jakiegoś tam Celsjusza. A trzeci minus to kompletny brak ciast w ofercie. Dlatego daję cukierni z Wilczej 4 stary. Są minusy, są dobre lody i gofry, nie ma ciast. Może kiedyś wpadniemy tu na lunch - byleby nie latem bo zejdziemy na miejscu.
Etykiety:
4 stary,
bita śmietana,
ciepłe zimne,
cukiernia,
deser,
gofry,
kawa,
lata 90.,
lody,
lody własnej roboty,
muzyka z radia,
śródmieście,
upał w środku,
wilcza
piątek, 31 stycznia 2014
Nie zawsze musi być chaos - Warszawa/Śródmieście
Trafiliśmy tu przez przypadek. I bardzo dobrze. Klubokawiarnia fundacji Nie zawsze musi być chaos przy Marszałkowskiej - wejście od Oleandrów to idealne miejsce. Jeszcze do końca nie wiemy na co idealne, może po prostu idealne. Jeszcze tu nie jedliśmy - jeszcze nie przyznam im starów, ale ujął mnie klimat sklepu płytowego połączonego z kawiarnią. Z głośników leci świetna muza: od jazzu po klasykę, a meble pochodzą z lat 50./60./70. i nie przypominają meblościanek z bloków, są to bardziej designerskie, lekkie, bardzo przyjemne meble. Można tu też coś zjeść. My byliśmy po obiedzie w Prasowym, więc wypiliśmy tylko piwo Primator, kawę i wodę z imbirem i miodem.
Bardzo fajne miejsce - mieli nawet winyl z muzyką Herbie Hancocka do filmu "Życzenie śmierci" z Charlesem Bronsonem w roli głównej. Muszę tam wrócić, choćby po to by kupić tę płytę. Kurczę - już nie mogę się doczekać.
Bardzo fajne miejsce - mieli nawet winyl z muzyką Herbie Hancocka do filmu "Życzenie śmierci" z Charlesem Bronsonem w roli głównej. Muszę tam wrócić, choćby po to by kupić tę płytę. Kurczę - już nie mogę się doczekać.
Etykiety:
centrum,
charles bronson,
dobra muzyka,
herbie hancock,
kawa,
klubokawiarnia,
ładne wnętrze,
nie zawsze musi być chaos,
primator,
śródmieście,
warszawa,
woda z imbirem
środa, 1 stycznia 2014
Restauracja Mozaika - Warszawa/Mokotów
Jeśli szukacie prawdziwego klimatu PRL to Mozaika Cafe jest najlepszym miejscem w mieście. Tutaj życie toczy się w innym wymiarze, jakby Edward Gierek nadal był głową państwa, porucznik Borewicz naprawdę ścigał przestępców (i zaraz wpadnie do Mozaiki z jakąś miłą panią), a Kazik Deyna nadal kopał futbolówkę w Legii.
Rano spotykają się tu panowie na brydżu, wieczorem organizowane są dansingi, a klientela lokalu ma średnią wieku 150 lat. Do tego dochodzi obowiązkowa szatnia za 2 zł z wyśmienitym szatniarzem, który z miejsca mógłby zagrać u Gruzy lub Barei i przesympatyczny szybki w ruchach kelner, który wskaże nam odpowiedni stolik. Wisienką na torcie jest wystrój w stylu końca lat 80. i genialny neon na zewnątrz lokalu.
W karcie znajdziemy standardowe dania restauracyjne: od przekąsek typu śledzik w oleju i befsztyka tatarskiego poprzez zupy i drugie dania (typu schabowy i mielony) do deserów pod postacią lodów czy ciastek. Jest też wszelkiej maści alkohol.
My byliśmy w Mozaice późnym wieczorem - po 21ej (lokal czynny do 22ej - kuchnia też co jest bardzo ważne, bo w Warszawie coraz trudniej o nocne jedzenie) - wzięliśmy zatem niewielkie desery. Kolega Pleśniak zamówił szarlotkę z lodami (15 zł) i kawę z ekspresu (8 zł), koleżanka Fi deser lodowy (18 zł) i kawę z mlekiem (8 zł). Ja natomiast miałem najlepszy deser pod słońcem czyli Tatar z pieczywem i masłem (25 zł + 2 zł + 2zł), oczywiście z dwójką milicjantów (Wyborowa, 8 zł).
Słodkie desery były zwykłe i nijakie, niczym specjalnie się nie wyróżniały, a cena była skalkulowana tak, żeby utrzymać i szatniarza, i kelnera, i panie kucharki pracujące gdzieś z tyłu lokalu. Obok siedziało dwóch panów z przy secie (autentycznie podanej w małej szklance - jest klimat) i rozmawiali o swoich żonach.
A teraz pora na kilka zdań na temat tatara. Nie wiem czy zasługuje on na swoją cenę, szczególnie wtedy gdy przy rachunku klient dowiaduje się, że musi dopłacić 4 zł za pieczywo i masełko. Na pewno był świeży i z dobrej jakościowo polędwicy. Był też większy niż w typowych knajpach a'la PRL. Niestety mięso było mielone co mocno obniża jego ocenę, szczególnie przy tej cenie.
Za całość posiłku (szarlotka z lodami, deser lodowy, befsztyk tatarski, 2 x kawa, 2 x wódka, piwo Okocim) zapłaciliśmy 100 zł. Trochę dużo. Niestety by poczuć klimat PRL musimy mieć co najmniej górala w portfelu. Wszystko się zgadza przecież wówczas za wypad do restauracji lepszej kategorii też słono się płaciło. Szkoda, że tylko pani Zuza nie robiła w niedzielę striptizu. A może to i dobrze.
Ogólnie - 4 stary - głownie za klimat, sympatycznego kelnera i szatniarza jak prlowskiego kryminału. Minus za ceny i potrawy poprawne, ale bez fajerwerków. Może jeszcze kiedyś przyjedziemy na cały obiad?
Adres: ul. Puławska - na przeciwko ulicy Grażyny, niedaleko parku Morskie Oko.
Rano spotykają się tu panowie na brydżu, wieczorem organizowane są dansingi, a klientela lokalu ma średnią wieku 150 lat. Do tego dochodzi obowiązkowa szatnia za 2 zł z wyśmienitym szatniarzem, który z miejsca mógłby zagrać u Gruzy lub Barei i przesympatyczny szybki w ruchach kelner, który wskaże nam odpowiedni stolik. Wisienką na torcie jest wystrój w stylu końca lat 80. i genialny neon na zewnątrz lokalu.
W karcie znajdziemy standardowe dania restauracyjne: od przekąsek typu śledzik w oleju i befsztyka tatarskiego poprzez zupy i drugie dania (typu schabowy i mielony) do deserów pod postacią lodów czy ciastek. Jest też wszelkiej maści alkohol.
My byliśmy w Mozaice późnym wieczorem - po 21ej (lokal czynny do 22ej - kuchnia też co jest bardzo ważne, bo w Warszawie coraz trudniej o nocne jedzenie) - wzięliśmy zatem niewielkie desery. Kolega Pleśniak zamówił szarlotkę z lodami (15 zł) i kawę z ekspresu (8 zł), koleżanka Fi deser lodowy (18 zł) i kawę z mlekiem (8 zł). Ja natomiast miałem najlepszy deser pod słońcem czyli Tatar z pieczywem i masłem (25 zł + 2 zł + 2zł), oczywiście z dwójką milicjantów (Wyborowa, 8 zł).
Słodkie desery były zwykłe i nijakie, niczym specjalnie się nie wyróżniały, a cena była skalkulowana tak, żeby utrzymać i szatniarza, i kelnera, i panie kucharki pracujące gdzieś z tyłu lokalu. Obok siedziało dwóch panów z przy secie (autentycznie podanej w małej szklance - jest klimat) i rozmawiali o swoich żonach.
A teraz pora na kilka zdań na temat tatara. Nie wiem czy zasługuje on na swoją cenę, szczególnie wtedy gdy przy rachunku klient dowiaduje się, że musi dopłacić 4 zł za pieczywo i masełko. Na pewno był świeży i z dobrej jakościowo polędwicy. Był też większy niż w typowych knajpach a'la PRL. Niestety mięso było mielone co mocno obniża jego ocenę, szczególnie przy tej cenie.
Za całość posiłku (szarlotka z lodami, deser lodowy, befsztyk tatarski, 2 x kawa, 2 x wódka, piwo Okocim) zapłaciliśmy 100 zł. Trochę dużo. Niestety by poczuć klimat PRL musimy mieć co najmniej górala w portfelu. Wszystko się zgadza przecież wówczas za wypad do restauracji lepszej kategorii też słono się płaciło. Szkoda, że tylko pani Zuza nie robiła w niedzielę striptizu. A może to i dobrze.
Ogólnie - 4 stary - głownie za klimat, sympatycznego kelnera i szatniarza jak prlowskiego kryminału. Minus za ceny i potrawy poprawne, ale bez fajerwerków. Może jeszcze kiedyś przyjedziemy na cały obiad?
Adres: ul. Puławska - na przeciwko ulicy Grażyny, niedaleko parku Morskie Oko.
Etykiety:
4 stary,
deser,
deser lodowy,
drogie żarcie,
edward gierek,
kawa,
lata 80.,
mokotów,
mozaika,
neon,
okocim,
prl,
restauracja,
sympatyczny kelner,
szarlotka z lodami,
tatar,
tatar wołowy,
warszawa,
wódka,
wyborowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)















