Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobre żarcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobre żarcie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 października 2014

Amrit Kebab - Warszawa/Stara Ochota

    Amrit Kebab trzyma poziom. Mają kilka knajp w mieście i zawsze jak tam zawitasz dostaniesz coś dobrego. Skorzystałem z okazji będąc na chwilę na Ochocie - tutaj Amrit ma swój punkt przy Grójeckiej, między Niemcewicza, a pl. Narutowicza.

  Nie ma co owijać w bawełnę - Light Kebab cały czas rządzi. Jest smaczny, odpowiednio ostry i świeży. A wszystko za 11 PLN. Polecam.

Oceny Amrita znajdziecie w poprzednich postach:
Żoliborz: http://przewodnik-degum.blogspot.com/2014/04/amrit-kebab-warszawastary-zoliborz.html
Śródmieście (skrzyżowanie Solidarności i JPII): http://przewodnik-degum.blogspot.com/2014/01/amrit-kebab-warszawasrodmiescie.html

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Bar Okęcie - Warszawa/Okęcie


     Sam się dziwię, że dopiero teraz piszę o Okęciu, bowiem tutaj serwują najlepszy chłodnik w mieście. Tak! W takim obskurnym barze! Niestety znajdujący się przy Al. Krakowskiej bar (w okolicy Instytutu Lotnictwa i salonu Subaru pana Kopera) nigdy nie jest mi po drodze. A muszę przyznać, że warto tu wpadać. Same dania są być może standardowe - dobrej klasy baru mlecznego, ale chłodnik po prostu wymiata i jest wyznacznikiem jakości w tym daniu.
     Zacznijmy od tego, że chłodnik w Okęciu kosztuje 6 blach. To już jest w miarę tanio, a porównując go do być może tak samo dobrych ale o 10 zł droższych chłodników z najlepszych knajp w mieście to potrawa wygrywa wszystko i wszędzie. W całym internecie i wszechświecie. Przede wszystkim jest zawsze chłodny (co w innych barach mlecznych nie jest normą), ma dużo gadżetów (czyt. warzyw) i to dobrej jakości (czyt. świeżych). Poza tym jest gęsty i jest go dość dużo. Choć ja zawsze biorę drugi, bo nie wiem kiedy będę w Okęciu następnym razem. Jedyny minus chłodnika z Okęcia to brak odpowiedniego przyprawienia - z pewnością mógłby być bardziej wyrazisty. Ale i tak jest mistrzem. Mam pewne przypuszczenia, że przygotowuje go pan Miyagi.
     Do chłodnika wziąłem sobie stek z cebulką, młode ziemniaki i buraczki. W Barze Okęcie stek to po prostu mięso mielone w sosie i z cebulką - czyli bardzo w stylu mleczaka. Jeśli ktoś będzie oczekiwał krwistego kotleta w stylu najlepszych restauracji na Manhattanie to niech idzie do lekarza od oczu. Tu zje tylko PRL-owską wersję steku czyli kawałek mielonego mięsa w sosie  Generalnie zarówno stek, jak i inne potrawy, które jadłem w Barze Okęcie, są po prostu wporzo. Głowy nie urywają, na szczęście innych części ciała też nie. Wszystko jest świeże i dobre. Ale mało oryginalne - jak na bar mleczny jest naprawdę git i trudno o lepsze - chyba, że w Prasowym.

     Za cały obiad zapłaciłem 23 zł czyli trochę więcej niż w barach mlecznych w centrum - cenę podniósł niezbyt tani ( w stosunku do pomidorowej czy rosołu) chłodnik
     Nie mogłem się powstrzymać przed zrobieniem drugiego zdjęcia chłodnikowi. Tymczasem warto wspomnieć o wystroju Okęcia. Jest to jeden z nielicznych już barów, w którym są jeszcze oryginalne plastikowe napisy w menu. Reszta wystroju... No cóż... Bar mleczny po reorganizacji w latach 90. - troszkę tandetnie. Ale z klimatem. Najgorsze są wszędobylskie naklejki Pepsi. Duży plus za piwo w ofercie oraz WC. Rzadkość w barach mlecznych.

Reasumując - nie mogło być inaczej - 6 mocnych starów. Polecam!



środa, 7 maja 2014

Karczma Tatrzańska - Kobiór

    Dieta dietą, ale na majówce trzeba było jakoś przeżyć. Dlatego nazbierało się kilka ciekawych knajp z kraju. Na pierwszy rzut ta najlepsza z majówki: Karczma Tatrzańska z miejscowości Kobiór, na trasie między Katowicami a Cieszynem, a dokładnie między Tychami, a Pszczyną (czy coś takiego).
     Na pierwszy rzut oka Karczma Tatrzańska niczym nie zaskakuje, a wręcz przeciwnie raczej odpycha. Znajduje się na terenie stacji benzynowej i mimo że jest na Górnym Śląsku nazywa się Tatrzańska. No ale knajpy włoskie nie muszą znajdować się w Italii żeby serwować specjały z półwyspu apenińskiego. Gorzej, że architektura budynku naśladuje Tatry i w ogóle caly klimat góralskiej przaśności mocno mnie denerwuje.

    Tak czy siak chciałem tam pójść, bo do wizyty namawiała mnie reklama w telewizji regionalnej na Śląsku. Co jak co, ale takiego polecenia nie mogłem zignorować. Tym bardziej, że pan lektor powiedział, że Karczma Tatrzańska oferuje specjały kuchni góralskiej i śląskiej. I ten Śląsk mnie przekonał.
    Zaczęliśmy od bardzo dobrego baru sałatkowego (7 zł). A potem zamówiliśmy oczywiście żurek śląski (9 zł) oraz roladę z kluskami śląskimi (19 plus 5 za gumiklejze). Pani Fi wzięła krupniok z kapustą i z kluskami (12 zł plus pięciok za kluski).

    Co tu dużo pisać - było fest. Richtig gut - jak by powiedział ślązak. Żurek pierwsza klasa - idealnie kwaśny, dość gęsty, ze znakomita kiełbasą - miód w gębie. Choć oczywiście Żurek domowy w Bytomiu czy w Restauracji Ratuszowej  w Strzelcach Opolskich byłby lepszy. Ale naprawdę ten jest na trzecim miejscu w rankingu. W Warszawie nikt nie potrafi takiego zrobić. Nikt.
    Przepraszam za zdjęcia, ale Alcatel nie daje rady w ciemnościach.

    Kolejną potrawą był krupniok z kapustą zasmażaną. Niebo w gębie. Krupniok to śląska kaszanka. W tym wypadku smażona z kapustą. Znakomite, idealnie klejące się gumiklejze były świetnym dodatkiem do tego dania. Gumiklejze to po prostu kluski śląskie.
    Wisienką na torcie była rolada śląska z kluskami. Rozpływająca się ustach, w znakomitym sosie i zajebistymi kluskami była tym czego szukałem tego dnia na Śląsku. Lekki minus za farsz do rolady, który był zbyt mało wyrazisty i jakby zmielony. Nie wiem dlaczego, ale lubię jak z rolady wypadają całe części kiełbasy i ogórków. Tu tak nie było, choć nie rzutuje to na jakość potrawy.
    Reasumując wizytę: Karczma Tatrzańska jest git. O ile wytrzyma się przaśny styl knajpki, strój kelnerki (która nota bene była bardzo miła - jak to ślązaczka), muzykę góralską w stylu piłujemy na skrzypcach pół lasu to jedzenie po prostu jest wyśmienite. No i w miarę przystępne cenowo. Naprawdę warto.  6 starów.



środa, 30 kwietnia 2014

U Szwejka - Warszawa/Śródmieście(MDM)

    Restaurację U Szwejka znajdującą się w Hotelu MDM przy placu Konstytucji znają chyba wszyscy. Korzystając z lanego poniedziałku i braku warszawiaków w Warszawie postanowiłem odwiedzić znaną knajpę, w której nie byłem z 20 lat. Nie byłem, bo na co dzień są tutaj ogromne kolejki, a mi się nie chce w nich stać.
     Generalnie nie dziwi mnie ten tłok. Szwejk jest fajnie usytuowany w samym centrum, we wnętrzu panuje klimat czeskiej knajpy z czasów Austro-Węgier. Wystrój jest naprawdę fajny i klimatyczny. Poza tym ceny menu nie są jakieś straszne - wszystko jest skrojone po ludzku: zupy ok. 8 - 9 zł, drugie dania od ok. 19 do 30 zł. 
      Zamówiłem zupę gulaszową (9 zł) oraz ofertę dnia czyli sznycel wiedeński z frytkami (15,90 zł). Zanim dostałem danie, na stoliku pojawił się chleb i twarożek oraz jakieś bliżej nieokreślone mielone mięso a'la konserwa tyrolska. Miły gest. Do dyspozycji był chleb biały i ciemny - świeży, dodatki też niczego sobie. 

    Porcja zupy nie zachwycała wielkością, ale za to była bardzo smaczna. Kwaśna, doprawiona, czuć było, że kucharz się nie lenił. Były bardzo dobre proporcje papryki do reszty potrawy. Brakowało tylko większej ilości mięsa i gęstszej konsystencji. 
    Sznycel był wielgachny, przypuszczalnie większy niż terytorium Austrii. Mimo to był zrobiony bardzo fachowo, cienka warstwa mięsa była wręcz idealna. Niestety sznycel ma to do siebie, że jest dość suchy. Wprawdzie jest w zestawie cytryna, ale nie wiele to daje. Frytki nie pomogły, były standardowe, też suche. nieciekawe. Najgorszym elementem potrawy była surówka - z białej kapusty czy czegoś. Było jej strasznie mało w porównaniu do kotleta. W związku z tym łatwo było się zapchać mięchem w panierce, a surówki zabrakło w połowie dania.
   No właśnie - kiepska surówka, nieciekawe frytki, mało mięsa w zupie to największe minusy Szwejka. Nie pomaga mu też wieczny tłok w środku knajpy. Na plus można zaliczyć dobrą jakość mięsa, świetny smak zupy, w miarę niskie ceny, dobrą obsługę, darmową przystawkę i naprawdę ładne wnętrze. Milą niespodzianką był także kieliszek nalewki po posiłku. Zatem 5 starów się należy. Najadłem się i byłem zadowolony, przy okazji nie straciłem milionów - a to chyba chodzi.







środa, 19 lutego 2014

Kercelak Bar dla wszystkich - Warszawa/Mirów

     Kercelak to bar dość szybkiej obsługi przy ulicy Chłodnej (niedaleko Żelaznej). W ofercie są dania obiadowe, barowe typu tatar, bigos, fasolka i oczywiście alkohol. Jest to kolejny lokal w Warszawie, którego twarzą jest znany barman czyli pan Mirek pracujący wcześniej w barze Aleksander na Żelaznej. No i właśnie barmani oraz kelnerzy robią tutaj największy klimat. Rozpoznają stałych klientów, uśmiechają się do nich, zagadują, gadają jakieś głupoty używając wyrażenia "nie ma to, tamto". Bardzo mnie to cieszy - Kercelak czuje warszawski klimat. To jest bardzo fajne. Mniej fajny jest wystrój - czerwone kanapy i żółte reprodukcje Tygodnika Powszechnego na ścianach są męczące, ale nie tak jak telewizor non stop serwujący teledyski lub sport. Generalnie nie jest to typ rozrywki, który lubię i z pewnością nie tego szukam w knajpie.
     Ale dość o wystroju, teraz coś o żarciu. W ofercie Kercelaka jest dużo dań: od pierogów i pyz przez kotlety mielone i schabowe do golonki - są również oferty dnia z ciekawym zestawem za nie więcej niż 20 zł. Tym razem wybraliśmy jednak dania barowe - czyli fasolkę po bretońsku (10 zł), bigos (9 zł) i tatar wołowy (10 zł). Generalnie wszystkie potrawy można opisać tak samo: dobre, świeże i takie jak się spodziewałem. Porcje są duże, a kucharz nie oszczędza na mięsie. Tatar mielony, ale dobry i wystarczający.
     Zarówno bigos jak i fasolka mają odpowiednią gramaturę i zasadniczo wystarczą za jedno danie. Szczególnie z pieczywem (za które trzeba dopłacić 50 gr). Bigos był odpowiednio kwaśny, co jest dla mnie najważniejsze w tym daniu. Niestety przegrywa rywalizacje smakową z bigosem z Przekąsek u Romana, ale naprawdę minimalnie.

    Kercelak jest też dobrym miejscem na spotkania przy wódce czy piwie (ostatnio było piwo Żywe z Ambera). Z pewnością barmani pomogą w zorganizowaniu dobrej imprezy.
     Ocena baru nie jest łatwa. Potrawy są dobre i tanie, obsługa ciekawa i fajna. Najgorzej jest z wystrojem knajpki, w szczególności z denerwującym telewizorem. Po co on tam wisi? Tatar oceniam na 5, inne
 potrawy na 6, atmosferę i wystrój na 4, co daje razem średnią 5 starów. Z pewnością jeszcze tu wrócimy na większy obiad.  


poniedziałek, 3 lutego 2014

Bar Prasowy - Warszawa/Śródmieście

      Bar Prasowy powinien przystąpić do akcji "Zjeść po ludzku" - tak dobrego żarcia za tak niewielkie pieniądze próżno w stolicy szukać. Jestem absolutnie zakochany w Prasowym. Nie dziwię się, że to miejsce zdobyło Wdechę 2013 za miejsce roku.

     W sobotę jak zwykle zjedliśmy tu świetny i tani obiad. Na pierwszy rzut poszła ogórkowa (4,5 zł). Ale jaka ogórkowa? Mmmm... z dużą ilością gadżetów (czytaj warzyw) i mięsem. Gęsta, duża i bardzo smaczna. Palce lizać. Łyżkę też.

    Na drugie danie wzięliśmy tzw. danie dnia czyli de wolaj z kaszą lub ziemniakami plus kompot i surówka (17 zł). Drobiowy kotlet nie był tym razem nadziewany masłem tylko pieczrkami z serem i jakąś zieleniną. Był świetny. Przede wszystkim świeży, soczysty, a nadzienie było znakomite. Minus za niezbyt ciepłą kaszę.Pani AM zamówiła inną potrawę: polędwiczki w sosie grzybowym z kaszą. Mówiła, że trzymają poziom. I to za 18zł w zestawie z surówkami i kompotem. Zatwierdzam.
   Jak zwykle daję Prasowemu 6 starów. Nie można inaczej. I jeszcze na marginesie - wnętrze Prasowego jest naprawdę w porzo.
Adres: Marszałkowska, niedaleko Litewskiej i Zoli.




czwartek, 30 stycznia 2014

Bar Prasowy - Warszawa/Śródmieście


     Bar Prasowy powrócił na mapę warszawskich barów mlecznych w wielkim stylu. Choć nie ma już klimatu PRL-owskiego mleczaka, choć jest mocno hipsterski i panuję w nim ciągły tłok to warto poczekać chwilę w kolejce.

              Nowy właściciel nie robi tysiąca dań na raz i skupia się na kilku potrawach plus zawsze obecne pierogi, naleśniki, leniwe i pomidorową. My byliśmy tam w ostatnią niedzielę stycznia 2014 i wzięliśmy pełen zestaw dań: pomidorową (1,5 zł), danie dnia czyli burito z salsą (16 zł) i buraczkami zasmażanymi (2 zł), leniwe, ruskie i karkówkę z sosem pomidorowym w zestawie z ziemniakami i surówką (14 zł). Co tu dużo mówić - wszystko było dobre. Szczególnie porównując jakość do ceny.

     Burito smaczne, duże, ale za mało pikantne, za to buraczki były dość ostre - być może inne osoby mogły by mieć pretensje do kucharza. Ja byłem zachwycony. Pomidorowa, mimo iż kosztuje złotego z groszami jest kwaśna i mocna w smaku. Taka akurat. W zasadzie nie było się do czego przyczepić. Ruskie też znakomite - mogłyby być bardziej wyraziste czyli pikantniejsze po prostu. Ale i tak były na dobrym poziomie. Czuje się, że potrawy są robione na miejscu. Jedynie kompot jako dodatek do obiadu był nijaki i wodnisty. Trudno, jakoś to przeżyjemy.    

    Prasowy z dobrego baru mlecznego stał się znakomitym barem. Nie wiem czy jest jeszcze mleczny, bo klimat jest bardziej nowoczesny - młodzieżowy, ale wcale to nie przeszkadza. Jest czysto, schludnie i ze smakiem. Dodatkowy plus za małą salę z wielkim wspólnym stołem. Polecam - polecam - polecam. 6 starów. W sobotę idę na rozdanie nagród Wdech 2013  - mam nadzieję, że Prasowy dostanie jakąś nagrodę.
Adres: Marszałkowska - blisko litewskiej i TR Warszawa.

piątek, 10 stycznia 2014

Centrum Zarządzania Światem - Warszawa/Stara Praga

     Centrum Zarządzania Światem to miła, bardzo fajnie urządzona knajpka na Starej Pradze. Mieści się w przepięknej Kamienicy Pod Sowami przy Okrzei 26 (róg Jagiellońskiej). Lokal ma dwa poziomy, jak byliśmy tu pierwszy raz to na dolnym odbywały się lekcje tanga. Wszystko urządzone jest bardzo fajnie, jest cegła, ciekawe dodatki, wszędobylskie logo lokalu i szatnia za siatką jak w szkole podstawowej.

      Menu jest codziennie inne. Znaczy... Zasadniczo. Są pewne żelazne punkty jak placek alzacki w różnych wersjach. My wybraliśmy jednak coś z oferty dnia czyli żurek za 6 zł oraz penne z kurczakiem za 24 zł. Do tego woda Kinga Pienińska za 6 zł i herbata za 10 zł. Zanim zjedliśmy ustaliliśmy, iż na herbacie knajpy mają największy zarobek. I gdyby klienci zamawiali tylko ten napój (a najlepiej 10 na jeden wieczór) to właściciele barów byliby wniebowzięci. Co najmniej jak kiedyś Himilsbach i Maklakiewicz.
      Przejdźmy od słów do czynów. Zjedzmy ten cholerny Żurek. Był całkiem dobry i jak na modną knajpę w Warszawie za cenę 6 blach dostaliśmy solidny talerz zupy. Był kwaśny, dobrze przyprawiony, a wędlina pływająca w środku była z najwyższej półki. Duży plus.

     A co z penne z kurczaka? Jak na 24 zł było go niewiele, ale z drugiej strony ile można zjeść penne? Kurczak chował się gdzieś na dole. Całość była przykryta dobrym, dojrzałym serem oraz suszonymi pomidorami. Potrawa bardzo mi smakowała, generalnie mogłoby być więcej mięsa. Fajna potrawa w fajnym miejscu.

     Warto jeszcze dodać, iż lokal ma jeszcze dość duży wybór alkoholi i jest to także ciekawe miejsce na wieczorne wypady na piwo czy drinka.

    CZŚ dostanie ode mnie 5 starów, głównie ze względu na wysokie ceny drugich dań, bo inne rzeczy jak i jakość potraw, sympatyczna pani kelner i wystrój wnętrza były na wysokim poziomie.

Restauracja Ratuszowa - Strzelce Opolskie

     Czasem warto jest wrócić do dobrej knajpy. Często można się tam poczuć jak w domu.Tym bardziej, że Ratuszowa wykonała kawał solidnej roboty. Zupełnie jakby lokal odwiedziła pani Gessler albo jakiś magik. Tutaj mój pierwszy wpis o Ratuszowej: Restauracja Ratuszowa.

     Jak poprzednio byliśmy w Strzelcach Opolskich oglądać Simkę był rok 2007 lub 2008. Od tego czasu wiele się zmieniło. Oczywiście oprócz jednego - znów byliśmy na Opolszczyźnie w sprawach motoryzacyjnych - tym razem byliśmy w trakcie barańskiej wersji Rajdu Paryż Dakar i podróżowaliśmy Wartburgiem 353 z 1983 roku. Ratuszowa była żelaznym punktem podróży i trzeba przyznać, że rdza ją jeszcze nie ruszyła (w przeciwieństwie do naszego Wartburga).

     Na początek zdziwił nas wygląd knajpy. Logo, kanapy, skóry, fototapety, "czterdziestu" kelnerów i zapełnione sale po brzegi. Ostatnio wyglądało to o wiele gorzej. Trzeba przyznać, ze nowy wystrój nie zbyt pasowałby do knajpek Saskiej Kępy czy Żoliborza, w przypadku Ratuszowej jest to raczej małomiasteczkowa wersja elegancji. Dużo brązów i beży. No trudno - i tak jest lepiej niż było.

     Zamówiliśmy dania typowo śląskie - żurek (7 zł) i roladę z kluskami i czerwoną kapustą zasmażaną (28 zł). Tylko koleżanka Fi wyłamała się pieczoną kaczką z jabłkami i sosem rodzynkowym (34 zł). Ceny nie są może na niskim poziomie, szczególnie jak na małą miejscowość powiatową, ale ilość ludzi w lokalu mówiła sama za siebie.

     Rzeczywiście. Jakość potraw była jak ostatnio na bardzo wysokim poziomie. Żurek przyniesiono na osobnych talerzo-czymś. Dopiero z tych naczyń nalewało się zupę do talerza właściwego. Sama zupa była odpowiednio kwaśna, a wędlina w niej pływająca była dobrej jakości. Palce lizać.

     Nie inaczej było z drugim daniem. Kluski śląskie czyli tzw. gumiklejze były odpowiednio miękkie, a mięso w roladzie aż rozpływało się u ustach. Zaś kapusta zasmażana była majstersztykiem. Myślę, że takie potrawy jedzono kiedyś na Śląsku. Poczułem się jak hajer przodowy. Potrawa wręcz idealna. Podobnie było z kaczką - miękkie mięso, idealnie wypieczone plus wyśmienite gumiklejze. Czy mogę prosić o powtórkę?
     Restauracja Ratuszowa potwierdza dobrą jakość i warto tam podjechać zawsze kiedy jest się w okolicy. Po remoncie trochę się pozmieniało - jest schludniej i ładniej. Widać, że za knajpę wziął sie ktoś z głową na karku. Oby tak dalej. 6 starów.

środa, 1 stycznia 2014

Amrit Kebab - Warszawa/Śródmieście

     Nie jestem jakimś wielkim fanem kebabów. Z pewnością jest to lepsza potrawa niż pizza w sieciówkach i często jest pod ręką, więc od czasu do czasu odwiedzam również takie lokale.  Poza tym można w tureckich knajpach tanio zjeść - a to jest mój priorytet.

    Jednym z najlepszych warszawskich kebabowni jest Amrit Kebab, mający swoje lokale na Bródnie, Żoliborzu, Śródmieściu i Ochocie. Powstają kolejne i wcale się nie dziwie - jakość mięsa, i w ogóle potraw w Amricie, ścina z nóg wszelkie inne małe lokale z obleśnymi kawałkami mięsa obracającymi się na kiju nieprzerwanie od dwóch lat. Z pewnością Amrit przewyższa jakością także inną popularną sieć czyli Kebab King.

    Ostatnio wybraliśmy się do Amrita zjeść nowość w tutejszym menu czyli Light Kebab. Brzmi to strasznie głupio. To tak jakby była pizza light, wódka light albo niepsujący się tramwaj Pesa. Ale skoro jest cola light, a Nemiroff zrobił już wódkę light to dlaczego nie ma być kebaba light?

   Light Kebab z Amrita jest oferowany tylko w cienkim pełnoziarnistym ciemnym chlebie. Sosów jest mniej i są ponoć lżejsze dla żołądka. Bardzo słusznie. Jak zwykle do kanapki pchana jest kapusta pekińska czy coś podobnego - nie znoszę tego. To chyba jakiś polski tuning tego dania. Choć pewnie w krainie kebaba - Niemczech - nie jest lepiej. Wzięliśmy wersję z kurczakiem. Jak zwykle w Amricie mięso było świeże i dobrze przyprawione. Czuć, że kurczak jest przyprawiany na miejscu i nie jest gotowym produktem zamawianym w Makro jak w niektórych miejscach z tureckim żarciem. Bardzo dobra kanapka za 11 zł. Fajnie. Daję 5 starów. Czemu nie 6? Za kapustę i straszny tłok w lokalu (zawsze trudno znaleźć miejsce siedzące).

Adres: Al. JP II róg Solidarności - blisko Mc Donalda.
    

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Manekin - Warszawa/Śródmieście


     Do Manekina chcieliśmy się wybrać już kilka razy, ale zawsze na miejscu okazywało się, że przed lokalem stoi długa kolejka. Jak przed Szwejkiem. Z każdym razem dziwiliśmy się: - kurde, dlaczego jest tam tylu chętnych? O co chodzi?.

    Manekin mimo, iż otwarty został niedawno nie jest miejscem anonimowym. Pierwszą naleśnikarnie z tej serii otwarto w Toruniu i podobno jest to już miejsce kultowe. W tej chwili już wszystko jest kultowe, nawet produkty które jeszcze nie weszły do produkcji, więc zazwyczaj jestem ostrożny słysząc takie określenia. Kultowy czy nie - na pewno jest juz to znana marka. Podobno są już Manekiny w innych miastach Polski. Teraz przyszedł czas na Warszawę i dopiero po kilku miesiącach działalności, w przedświąteczną niedzielę, udało nam się znaleźć miejsce w środku.

    Restauracja sprawia wrażenie bardzo przemyślanej, stoliki są tak poustawiane by zmieściło się ich jak najwięcej. Nic dziwnego, chętnych do zjedzenia naleśnika jest mnóstwo. Całość sprawia wrażenie sieciówki, ale bardzo schludnej i czystej. Na ścianach wiszą fajne obrazy, we wnętrzu można znaleźć kilka fajnych detali - np. ciekawy drewniany, nowoczesny żyrandol.

   Wśród klientów nie znaleźliśmy modnych w Warszawie hipsterów, modnisiów czy innych takich. Stołują się tutaj ludzie zwykli. Zawsze się zastanawiam kto to jest tzw. zwykły polak o którego tak zaciekle walczą politycy. Jeśli też się zastanawiacie to musicie odwiedzić Manekina. Tutaj ich spotkacie. To są ludzie ze standardową fryzurą, ubraniem z Reserved czy H&M, butami od Deichmanna albo CCC, jeżdżą nowymi Skodami, Oplami czy Fordami, nie mają poglądów i słuchają radia Zet albo RMF. Na pytanie jakiej muzyki słucha odpowiadają: dobrej. Przy konkretnym wykonawcy się jąkają, ale są w stanie wymienić Stinga, U2, Rihannę i De Mono. Dawno nie zrobili nic szalonego, nie licząc kupionych w promocji w Makro 24 jogurtów Bakomy. W niedzielę oglądają "Familiadę", a potem jadą na spacer na Stare Miasto i do Manekina. Ich życie jest nudniejsze niż najdłuższe ujęcie w serialu "W labiryncie". 


   Po takim wstępie jedzenie też może być nudne i nie ciekawe. Na szczęście tak nie było. W Manekinie zjemy przede wszystkim naleśniki - jest ich całe mnóstwo: kilkanaście wytrawnych, kilka wegetariańskich i ziemniaczanych. Ważną pozycją są też naleśniki na słodko. Właściwie naleśniki są tutaj ze wszystkim: z serem, z czterema serami, grzybami, kapustą, camembertem, szynką, rukolą, cebulą, szpinakiem, kurczakiem itd. itp. Gdyby tynk lub cement były jadalne zapewne też znalazły by się w naleśnikach z Manekina. Ceny przystępne od 11 do 20 zł - (głównie: 14 do 17 zł). Warto zaznaczyć, iż jednym naleśnikiem można się najeść - zazwyczaj do każdej porcji dodawana jest mała surówka.

   Uzupełnieniem oferty  są np. zupy. Zapewne pojawiły się dla tych wszystkich, którzy do obiadu muszą mieć zupę - bez względu co będzie na drugie danie. Niestety tego dnia był już tylko barszczyk i rosół, a ja bardziej nastawiłem się na krem z borowików lub z brokułów.


  W związku z brakiem zupy zamówiłem tylko naleśnik z listy wytrawnych o nazwie kebab (15 zł). Wiem, śmiejecie się. Poszedł na naleśniki - zamówił kebab. Dureń. Zamówiłem go nie bez powodu, nasza koleżanka pochodząca z Torunia właśnie tę wersje polecała najbardziej Co jak co - ale tej rekomendacji nie mogłem olać. Koleżanka Fi zamówiła naleśnik z białym serem z nadzieniem w stylu pierogów ruskich (11,50 zł).



   Mój naleśnik był bardzo dobry. Po prostu. Nadzienie nie było zwykłym kebabem z budki - były to kostki z piersi kurczaka w przyprawach orientalnych z kapustą, ogórkami i cebulą. Do tego były dwa sosy - jakiś warzywny i czosnkowy. Obok leżały ogórki kiszone. Dobre, świeże i dość lekkie. Nie mam żadnych zastrzeżeń. Potrawa pani Fi była też niczego sobie - nadzienie bardzo smaczne, obok w pojemniku był boczek smażony na tłuszczu i surówki. Wyśmienite. Do całości zamówiliśmy herbatę z cytryną (4,5 zł) i wodę mineralną (4 zł). W ofercie napojów są jeszcze kawy i alkohol (piwo i wino). Tanio i smacznie - tak powinno być i tak było. Dlatego mimo sieciowego klimatu muszę dać 6 starów - najważniejsze elementy czyli jedzenie za niewygórowaną cenę były na miejscu więc czego chcieć więcej? No można chcieć miłego kelnera. Taki też był - bardzo przyjemny gość. Z pewnością jeszcze się tu pojawimy i coś o Manekinie napiszemy. Oczywiście jak nie będzie kolejki.


 Adres: Warszawa - ul. Marszałkowska, niedaleko dawnego Orbisu i skrzyżowania z Królewską.