Słodki, słony to sprytne bistro na skrzyżowaniu Kruczej i Pięknej. Dobrze urządzone i świetnie prowadzone. Niestety dość drogie, ale tutejszy tatar naprawdę jest wyśmienity i warto czasem zgrzeszyć wchodząc do środka.
Po pierwsze obsługa baru jest wyśmienita. Zawsze coś podpowiedzą, doradzą i pogadają. Nawet kiedyś rozmawialiśmy o najlepszych tatarach w mieście i kelner polecał inne bary. Niespotykane w innych miejscach - po prostu czujesz jakby obsługa był twoim kumplem. Fajne.
No to przejdźmy do osławionego tatara. Kosztuje aż 38 zł. Dużo, naprawdę dużo, ale co najgorsze jest wart swojej ceny. Czuć, ze jest robiony z mięsa wysokiej jakości. Przede wszystkim jest siekany, nie mielony. Porcja jest naprawdę wystarczająca - nie jak w Warszawie Wschodniej. Wszystko jest świeże, a dodatki są w dobrych proporcjach. Niestety dobry tatar musi swoje kosztować, choć w Słoiku dają radę przyrządzić podobny w znacznie niższej cenie.
Tego samego wieczoru wzięliśmy jeszcze śledzika, bowiem wódka lala się strumieniami. Koszt 12 zł, no i śledzik odpowiedni do ceny. Porcja solidna, żadne tam kawałeczki do wyszukania w kilogramach cebuli i śmietany. Nic z tych rzeczy. Solidny kawał śledzia na talerzu, wódka obok i piękne dziewczyny przy stoliku, a w środku ja - o to chodzi. Może śledź nie był jakiś niesamowity i nikt przed nim nie klękał, ale na pewno był świeży.
Za całość Słodki, słony dostaje ode mnie 6 starów z minusem. Minus dotyczy cen - są zbyt duże i trudno tu bywać częściej. Chyba, że sie jest jednym z bohaterów tvnowskich seriali, co nic nie robią cały dzień i zarabiają po 60 tysięcy miesięcznie. Wtedy można tu codziennie zjeść 7 tatarów i popić 6 litrami wódy. Właściwie - czemu nie!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6 starów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6 starów. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 października 2014
Słoik - Warszawa/Śródmieście
Słoik to nowe miejsce na mapie Warszawy, ale myślę, że zawita tu na długo. Dlaczego? Mimo kontrowersyjnej nazwy jest tu co najmniej fajnie. Po pierwsze wystrój - bardzo dobry, elegancki - widać kuchnie i krzątających się po niej kucharzy, na półkach stoją słoje z konfiturami i owocami, gdzieniegdzie widać jakiś owoc stojący gdzieś tam. Ogólnie jest nieźle.
Aha. Jeszcze jestem winien wam lokalizację - pasaż Wiecha, tuż za domami Centrum, między Chmielną, a Złotą.
Czym jeszcze zachwyca Słoik? Barmanami. Bardzo mili, uczynni i uśmiechnięci. Lubią polecać jakieś ciekawe trunki, zresztą sami robią jakieś nalewki i inne wódki smakowe. Rozpoznają klientów i pamiętają jego preferencje alkoholowe. Chętnie poczęstują, coś doradzą. Dlatego lubię w Słoiku siedzieć przy barze. Są dostępne także drinki z własnymi marmoladami - bardzo dobre. Naprawdę. Ostatnio piłem brandy na wiśniach zrobione za barem. Pycha.
Co jeszcze? Zmieniające się menu, zawsze dostosowane do pory roku. Raz jest chłodnik, raz coś z kurkami, a potem zupa dyniowa. Zależnie co akurat jest świeże. I zazwyczaj jest w czym wybierać.
Idziemy dalej. Każdy dzień ma swoje promocje. Np. w piątek jest Mojito po 10 zł. A w soboty jakaś promocja na Jacka Danielsa. A w tygodniu jeszcze lepsze oferty. Warto spytać kelnera o promocję. Może was zaskoczyć.
No i na końcu najważniejsze: tatar z kurkami po 28 zł. Wyśmienity - nie mielony, tylko siekany. Porcja odpowiednia, mięso świeże. Wszystko jak należy.Naprawdę jeden z lepszych w Warszawie.
Razem 6 starów i to mocnych. Przyjedziemy tu jeszcze na pełny obiad. Sprawdzimy czy potrawy są takie na jakie wyglądają czyli smaczne
Aha. Jeszcze jestem winien wam lokalizację - pasaż Wiecha, tuż za domami Centrum, między Chmielną, a Złotą.
Czym jeszcze zachwyca Słoik? Barmanami. Bardzo mili, uczynni i uśmiechnięci. Lubią polecać jakieś ciekawe trunki, zresztą sami robią jakieś nalewki i inne wódki smakowe. Rozpoznają klientów i pamiętają jego preferencje alkoholowe. Chętnie poczęstują, coś doradzą. Dlatego lubię w Słoiku siedzieć przy barze. Są dostępne także drinki z własnymi marmoladami - bardzo dobre. Naprawdę. Ostatnio piłem brandy na wiśniach zrobione za barem. Pycha.
Co jeszcze? Zmieniające się menu, zawsze dostosowane do pory roku. Raz jest chłodnik, raz coś z kurkami, a potem zupa dyniowa. Zależnie co akurat jest świeże. I zazwyczaj jest w czym wybierać.
Idziemy dalej. Każdy dzień ma swoje promocje. Np. w piątek jest Mojito po 10 zł. A w soboty jakaś promocja na Jacka Danielsa. A w tygodniu jeszcze lepsze oferty. Warto spytać kelnera o promocję. Może was zaskoczyć.
No i na końcu najważniejsze: tatar z kurkami po 28 zł. Wyśmienity - nie mielony, tylko siekany. Porcja odpowiednia, mięso świeże. Wszystko jak należy.Naprawdę jeden z lepszych w Warszawie.
Razem 6 starów i to mocnych. Przyjedziemy tu jeszcze na pełny obiad. Sprawdzimy czy potrawy są takie na jakie wyglądają czyli smaczne
Etykiety:
6 starów,
dobra obsługa,
dobre menu,
dobry tatar,
fajne miejsce,
fajni ludzie,
nalewki,
promocje,
siekany tatar,
słoik,
sympatyczny barman,
śródmieście,
tatar,
tatar wołowy,
tatar z kurkami,
warszawa,
wódka
czwartek, 10 lipca 2014
Lodziarnia Gruszczyńscy - Białobrzegi Radomskie
Lody z Białobrzegów to legenda. Już w latach 80. zawsze jak jechałem w kierunku Krakowa/Kielc musiałem zjeść lody w Białobrzegach. Wtedy lodziarnia mieściła się w centrum, w małym przedwojennym budyneczku. A może nie przedwojennym? Tak czy siak - niezbyt efektownym. Zawsze obok lodziarni nie było gdzie zaparkować bo absolutnie każdy musiał spróbować tutejszych lodów.
W tej chwili władze wybudowały obwodnicę miasta, a pan Gruszczyński musiał zrobić krok naprzód - w dzisiejszych czasach ludzie są leniwi - nie po to wybudowali trasę, żeby on nadal jeździł przez miasto, bo trzeba kupić lody. Zatem jest też lodziarnia na obwodnicy - a dokładnie tuż za nią stoi fatalny dworek w stylu rokoko, w którym można kupić legendarne lody pana Gruszczyńskiego.
Niestety klimat już nie ten sam - nowe wnętrze w stylu rokoko z polskiej wsi ze szprosami w oknach, złotymi ladami, zaokrągleniami i meblami a'la ludwik XIV. Nie robi to już na nikim wrażenia. Nuda - obrzydlistwo. Na szczęście lody tak jak kiedyś są w kultowych wiaderkach z przykrywką. Miodzio.
A smak? Na szczęście ten sam. Jeżeli chcecie zjeść dokładnie takie lody jak kiedyś się kupowało to koniecznie znajdźcie to miejsce. Specjalność zakładu - lody grylażowe czyli coś z nutą orzecha, czekolady, kawy i czegoś tam jeszcze. inne smaki? Cytrynowe, jagodowe, truskawkowe, pistacjowe i chyba śliwkowe. Zresztą czasami się zmieniają, ale zasadniczo nie ma więcej niż osiem smaków. Pycha. Mistrzowie wśród lodów. 6 starów.
W tej chwili władze wybudowały obwodnicę miasta, a pan Gruszczyński musiał zrobić krok naprzód - w dzisiejszych czasach ludzie są leniwi - nie po to wybudowali trasę, żeby on nadal jeździł przez miasto, bo trzeba kupić lody. Zatem jest też lodziarnia na obwodnicy - a dokładnie tuż za nią stoi fatalny dworek w stylu rokoko, w którym można kupić legendarne lody pana Gruszczyńskiego.
Niestety klimat już nie ten sam - nowe wnętrze w stylu rokoko z polskiej wsi ze szprosami w oknach, złotymi ladami, zaokrągleniami i meblami a'la ludwik XIV. Nie robi to już na nikim wrażenia. Nuda - obrzydlistwo. Na szczęście lody tak jak kiedyś są w kultowych wiaderkach z przykrywką. Miodzio.
A smak? Na szczęście ten sam. Jeżeli chcecie zjeść dokładnie takie lody jak kiedyś się kupowało to koniecznie znajdźcie to miejsce. Specjalność zakładu - lody grylażowe czyli coś z nutą orzecha, czekolady, kawy i czegoś tam jeszcze. inne smaki? Cytrynowe, jagodowe, truskawkowe, pistacjowe i chyba śliwkowe. Zresztą czasami się zmieniają, ale zasadniczo nie ma więcej niż osiem smaków. Pycha. Mistrzowie wśród lodów. 6 starów.
Etykiety:
6 starów,
białobrzegi radomskie,
fatalna architektura,
kawa,
lata 80.,
lody,
lody grylażowe,
lody z wiadra z przykrywką,
mistrzowie lodów,
rokoko,
zły wystrój
piątek, 27 czerwca 2014
Sklep z goframi - Warszawa/Śródmieście
Tego jeszcze nie było. Wydawało by się, że gofry to tylko z bitą śmietaną, owocami, albo cukrem pudrem. Na szczęście nie tylko w sposób a'la nad Bałtykiem można zjeść poczciwego gofra. Są też takie jak w Sklepie z goframi, który znajduje się na ulicy Bartoszewicza (niedaleko Teatru Polskiego).
Sklep dysponuje naprawdę małą powierzchnią zarówno w środku, jak i na zewnątrz., wystrój fajny choć sztampowy. Jest już chyba pincet pincetów knajpek z białymi cegłami, czarnym menu z napisami kredą itd. itp. Pewnie gdyby było miejsce to i stoliki z palet by się znalazły. Sztampowo, ale dobrze, tzn. człowiek czuje się w takim wnętrzu dobrze, więc nie ma co narzekać. Miejsce jest bardzo małe - wchodzi się, czeka dość długo na swoją kolej i idzie dalej.
W Sklepie z goframi ważniejszy jest asortyment, więc przejdźmy do meritum. Znajdziemy tu przeróżne ciekawe i oryginalne smaki gofrów. Dajmy na to gofry razowe, gofry ziemniaczane, kakaowe. Każdy jest świetny. Składniki? Różne, różniste jak bombki w fabryce pani Pelagii: włoski na gofrze razowym z rukolą, gruszką, gorgonzolą, pestkami słonecznika i sosem balsamicznym albo skandynawski na gofrze pszennym z zsiadłym mlekiem, jogurtem, łososiem, koperkiem i kaparami. Jest też moc ziemniaka z gofrem ziemniaczanym, serem gouda i sosem czosnkowym na wierzchu. Wziąłem coś kompletnie innego czyli tzw. posadzonego czyli gofra razowego z sadzonym jajkiem, zsiadłym mlekiem, szczypiorkiem i świeżym pieprzem.
I jak? Nieźle! Fajne ciasto - świeże, puszyste - właśnie tego się spodziewałem. Reszta też spoko, jajko jak jajko, mleko jak mleko - całość robi robotę. Wsunąłem mojego gofra w trymiga, aż mi się uszy trzęsły. Naprawdę dobra przekąska. Niestety potrawa jest trochę niewygodna do jedzenia - łatwo jest się zalać mlekiem. Trzeba po prostu uważać jak w ZOO przy klatce z małpami. Koszt posadzonego to 12 zł. Nie tanio, ale też nie jakoś wyjątkowo drogo, szczególnie w porównaniu do innych przekąsek typu zapiekanka, burger czy kebab. Tu jest na pewno zdrowiej i chyba smaczniej.
Jest też oferta gofrów na słodko. Od 7 zł za belgijskiego klasyka do fabryki czekolady (gofr kakaowy, krem orzechowy, orzechy laskowe) za 14 zł. Kolega Kuk wziął tzw. klub konesera czyli też gofra kakaowego z domowym masłem orzechowym i powidłami wiśniowymi. Szczerze mówiąc: niebo w gębie! Zdecydowanie.
Z powodu braku zdjęcia klubu konesera polecam jeszcze jedną fotografię posadzonego.
Pora na konkluzję. Fajny pomysł, fajne miejsce, fajne przekąski. Sklep z goframi trzeba traktować jako miejsce na małe co nie co i tak je będę oceniał - nie da się tu najeść jak w restauracji ratuszowej. No, chyba że ktoś weźmie dwa gofry słone i jeden słodki na deser. Ale to byłaby już jakaś gofrowa patologia.
Do oceny muszę dodać jeszcze panią za ladą (żena za pultem), która niestety nie była zbyt miła - byliśmy około 40 minut przed zamknięciem i od razu narzekała, że za dużo tego i nie wie czy wyrobi się przed zamknięciem. I takie tam. Niby nic, a złe wrażenie pozostało. Każdy kto tu przyjdzie musi też uzbroić się w cierpliwość - gofry robią się jakiś czas. Mnie to nie przeszkadza - dobre potrawy muszą się zrobić - to nie buda z chińskim żarciem. Reszta sklepu jest naprawdę dobra i niedobrze byłoby obniżać ocenę za smutną panią za ladą, więc daje 6 starów z ostrzeżeniem, że obsługa ma swoje humory.
Sklep dysponuje naprawdę małą powierzchnią zarówno w środku, jak i na zewnątrz., wystrój fajny choć sztampowy. Jest już chyba pincet pincetów knajpek z białymi cegłami, czarnym menu z napisami kredą itd. itp. Pewnie gdyby było miejsce to i stoliki z palet by się znalazły. Sztampowo, ale dobrze, tzn. człowiek czuje się w takim wnętrzu dobrze, więc nie ma co narzekać. Miejsce jest bardzo małe - wchodzi się, czeka dość długo na swoją kolej i idzie dalej.
W Sklepie z goframi ważniejszy jest asortyment, więc przejdźmy do meritum. Znajdziemy tu przeróżne ciekawe i oryginalne smaki gofrów. Dajmy na to gofry razowe, gofry ziemniaczane, kakaowe. Każdy jest świetny. Składniki? Różne, różniste jak bombki w fabryce pani Pelagii: włoski na gofrze razowym z rukolą, gruszką, gorgonzolą, pestkami słonecznika i sosem balsamicznym albo skandynawski na gofrze pszennym z zsiadłym mlekiem, jogurtem, łososiem, koperkiem i kaparami. Jest też moc ziemniaka z gofrem ziemniaczanym, serem gouda i sosem czosnkowym na wierzchu. Wziąłem coś kompletnie innego czyli tzw. posadzonego czyli gofra razowego z sadzonym jajkiem, zsiadłym mlekiem, szczypiorkiem i świeżym pieprzem.
I jak? Nieźle! Fajne ciasto - świeże, puszyste - właśnie tego się spodziewałem. Reszta też spoko, jajko jak jajko, mleko jak mleko - całość robi robotę. Wsunąłem mojego gofra w trymiga, aż mi się uszy trzęsły. Naprawdę dobra przekąska. Niestety potrawa jest trochę niewygodna do jedzenia - łatwo jest się zalać mlekiem. Trzeba po prostu uważać jak w ZOO przy klatce z małpami. Koszt posadzonego to 12 zł. Nie tanio, ale też nie jakoś wyjątkowo drogo, szczególnie w porównaniu do innych przekąsek typu zapiekanka, burger czy kebab. Tu jest na pewno zdrowiej i chyba smaczniej.
Jest też oferta gofrów na słodko. Od 7 zł za belgijskiego klasyka do fabryki czekolady (gofr kakaowy, krem orzechowy, orzechy laskowe) za 14 zł. Kolega Kuk wziął tzw. klub konesera czyli też gofra kakaowego z domowym masłem orzechowym i powidłami wiśniowymi. Szczerze mówiąc: niebo w gębie! Zdecydowanie.
Z powodu braku zdjęcia klubu konesera polecam jeszcze jedną fotografię posadzonego.
Pora na konkluzję. Fajny pomysł, fajne miejsce, fajne przekąski. Sklep z goframi trzeba traktować jako miejsce na małe co nie co i tak je będę oceniał - nie da się tu najeść jak w restauracji ratuszowej. No, chyba że ktoś weźmie dwa gofry słone i jeden słodki na deser. Ale to byłaby już jakaś gofrowa patologia.
Do oceny muszę dodać jeszcze panią za ladą (żena za pultem), która niestety nie była zbyt miła - byliśmy około 40 minut przed zamknięciem i od razu narzekała, że za dużo tego i nie wie czy wyrobi się przed zamknięciem. I takie tam. Niby nic, a złe wrażenie pozostało. Każdy kto tu przyjdzie musi też uzbroić się w cierpliwość - gofry robią się jakiś czas. Mnie to nie przeszkadza - dobre potrawy muszą się zrobić - to nie buda z chińskim żarciem. Reszta sklepu jest naprawdę dobra i niedobrze byłoby obniżać ocenę za smutną panią za ladą, więc daje 6 starów z ostrzeżeniem, że obsługa ma swoje humory.
Etykiety:
6 starów,
dobra przekąska,
gofr pszenny,
gofr razowy,
gofr ziemniaczany,
gofry,
gofry na słodko,
gofry na słono,
jajko sadzone,
mały lokal,
sklep z goframi,
smutna pani,
śródmieście,
warszawa
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Bar Okęcie - Warszawa/Okęcie
Sam się dziwię, że dopiero teraz piszę o Okęciu, bowiem tutaj serwują najlepszy chłodnik w mieście. Tak! W takim obskurnym barze! Niestety znajdujący się przy Al. Krakowskiej bar (w okolicy Instytutu Lotnictwa i salonu Subaru pana Kopera) nigdy nie jest mi po drodze. A muszę przyznać, że warto tu wpadać. Same dania są być może standardowe - dobrej klasy baru mlecznego, ale chłodnik po prostu wymiata i jest wyznacznikiem jakości w tym daniu.
Zacznijmy od tego, że chłodnik w Okęciu kosztuje 6 blach. To już jest w miarę tanio, a porównując go do być może tak samo dobrych ale o 10 zł droższych chłodników z najlepszych knajp w mieście to potrawa wygrywa wszystko i wszędzie. W całym internecie i wszechświecie. Przede wszystkim jest zawsze chłodny (co w innych barach mlecznych nie jest normą), ma dużo gadżetów (czyt. warzyw) i to dobrej jakości (czyt. świeżych). Poza tym jest gęsty i jest go dość dużo. Choć ja zawsze biorę drugi, bo nie wiem kiedy będę w Okęciu następnym razem. Jedyny minus chłodnika z Okęcia to brak odpowiedniego przyprawienia - z pewnością mógłby być bardziej wyrazisty. Ale i tak jest mistrzem. Mam pewne przypuszczenia, że przygotowuje go pan Miyagi.
Do chłodnika wziąłem sobie stek z cebulką, młode ziemniaki i buraczki. W Barze Okęcie stek to po prostu mięso mielone w sosie i z cebulką - czyli bardzo w stylu mleczaka. Jeśli ktoś będzie oczekiwał krwistego kotleta w stylu najlepszych restauracji na Manhattanie to niech idzie do lekarza od oczu. Tu zje tylko PRL-owską wersję steku czyli kawałek mielonego mięsa w sosie Generalnie zarówno stek, jak i inne potrawy, które jadłem w Barze Okęcie, są po prostu wporzo. Głowy nie urywają, na szczęście innych części ciała też nie. Wszystko jest świeże i dobre. Ale mało oryginalne - jak na bar mleczny jest naprawdę git i trudno o lepsze - chyba, że w Prasowym.
Za cały obiad zapłaciłem 23 zł czyli trochę więcej niż w barach mlecznych w centrum - cenę podniósł niezbyt tani ( w stosunku do pomidorowej czy rosołu) chłodnik
Nie mogłem się powstrzymać przed zrobieniem drugiego zdjęcia chłodnikowi. Tymczasem warto wspomnieć o wystroju Okęcia. Jest to jeden z nielicznych już barów, w którym są jeszcze oryginalne plastikowe napisy w menu. Reszta wystroju... No cóż... Bar mleczny po reorganizacji w latach 90. - troszkę tandetnie. Ale z klimatem. Najgorsze są wszędobylskie naklejki Pepsi. Duży plus za piwo w ofercie oraz WC. Rzadkość w barach mlecznych.
Reasumując - nie mogło być inaczej - 6 mocnych starów. Polecam!
Etykiety:
6 starów,
bar mleczny,
bar mleczny z piwem,
bar mleczny z WC,
bar okęcie,
chłodnik,
dobre żarcie,
miła obsługa,
młode ziemniaki,
najlepszy chłodnik,
stek z cebulką,
tanie żarcie,
warszawa,
włochy
poniedziałek, 26 maja 2014
Bazar - Warszawa/Stara Praga
Wracamy do baru Bazar na Starej Pradze przy ulicy Jagiellońskiej. Byliśmy tu w kwietniu - o tutaj relacja. Teraz pora na przekąski do wódeczki czyli tatar i śledzie.
Tatar kosztuje 32 złote i trzeba sobie to powiedzieć od razu - nie jest tani. Ale jeśli oczekujemy dobrego dania - tańszy być nie może. Porcja jest odpowiednio duża, mięso świeże, ale niestety mielone. To duży minus za taką cenę. Mimo to potrawa była naprawdę świetna i warto tu wpaść na tatara plus dwie pięćdziesiątki. Klient wyjdzie usatysfakcjonowany. Piątka.
Ale to nie koniec niespodzianek. Skoro powiedziało się A zamawiając tatara to trzeba powiedzieć B prosząc o śledzia. I to był strzał w przysłowiową dziesiątkę. Za 14 zł kelner przyniósł zestaw śledzi w trzech smakach: w musztardzie, oleju lnianym, z przyprawami korzennymi i suszoną śliwką. Niebo w gębie.
Dajcie sobie spokój z tym tatarem. Zamówcie sobie dwa razy śledzie i cztery wódeczki - będzie genialnie. To na razie chyba najlepsze śledzie (w tej cenie) w Warszawie, ale muszę powiedzieć szczerze - ekspertem od śledzi nie jestem. Po prostu mi smakowały, ale może gdzieś są lepsze?
Dodatkowym atutem Bazaru są godziny otwarcia - 24H. W związku z tym o każdej porze dnia można wpaść na dobrego śledzia lub niezły tatar. Niestety knajpą typu przekąski zakąski za 9 zł daleko do tej jakości. 6 starów z minusem (za tatar).
Tatar kosztuje 32 złote i trzeba sobie to powiedzieć od razu - nie jest tani. Ale jeśli oczekujemy dobrego dania - tańszy być nie może. Porcja jest odpowiednio duża, mięso świeże, ale niestety mielone. To duży minus za taką cenę. Mimo to potrawa była naprawdę świetna i warto tu wpaść na tatara plus dwie pięćdziesiątki. Klient wyjdzie usatysfakcjonowany. Piątka.
Ale to nie koniec niespodzianek. Skoro powiedziało się A zamawiając tatara to trzeba powiedzieć B prosząc o śledzia. I to był strzał w przysłowiową dziesiątkę. Za 14 zł kelner przyniósł zestaw śledzi w trzech smakach: w musztardzie, oleju lnianym, z przyprawami korzennymi i suszoną śliwką. Niebo w gębie.
Dajcie sobie spokój z tym tatarem. Zamówcie sobie dwa razy śledzie i cztery wódeczki - będzie genialnie. To na razie chyba najlepsze śledzie (w tej cenie) w Warszawie, ale muszę powiedzieć szczerze - ekspertem od śledzi nie jestem. Po prostu mi smakowały, ale może gdzieś są lepsze?
Dodatkowym atutem Bazaru są godziny otwarcia - 24H. W związku z tym o każdej porze dnia można wpaść na dobrego śledzia lub niezły tatar. Niestety knajpą typu przekąski zakąski za 9 zł daleko do tej jakości. 6 starów z minusem (za tatar).
środa, 7 maja 2014
Karczma Tatrzańska - Kobiór
Dieta dietą, ale na majówce trzeba było jakoś przeżyć. Dlatego nazbierało się kilka ciekawych knajp z kraju. Na pierwszy rzut ta najlepsza z majówki: Karczma Tatrzańska z miejscowości Kobiór, na trasie między Katowicami a Cieszynem, a dokładnie między Tychami, a Pszczyną (czy coś takiego).
Na pierwszy rzut oka Karczma Tatrzańska niczym nie zaskakuje, a wręcz przeciwnie raczej odpycha. Znajduje się na terenie stacji benzynowej i mimo że jest na Górnym Śląsku nazywa się Tatrzańska. No ale knajpy włoskie nie muszą znajdować się w Italii żeby serwować specjały z półwyspu apenińskiego. Gorzej, że architektura budynku naśladuje Tatry i w ogóle caly klimat góralskiej przaśności mocno mnie denerwuje.
Tak czy siak chciałem tam pójść, bo do wizyty namawiała mnie reklama w telewizji regionalnej na Śląsku. Co jak co, ale takiego polecenia nie mogłem zignorować. Tym bardziej, że pan lektor powiedział, że Karczma Tatrzańska oferuje specjały kuchni góralskiej i śląskiej. I ten Śląsk mnie przekonał.
Zaczęliśmy od bardzo dobrego baru sałatkowego (7 zł). A potem zamówiliśmy oczywiście żurek śląski (9 zł) oraz roladę z kluskami śląskimi (19 plus 5 za gumiklejze). Pani Fi wzięła krupniok z kapustą i z kluskami (12 zł plus pięciok za kluski).
Co tu dużo pisać - było fest. Richtig gut - jak by powiedział ślązak. Żurek pierwsza klasa - idealnie kwaśny, dość gęsty, ze znakomita kiełbasą - miód w gębie. Choć oczywiście Żurek domowy w Bytomiu czy w Restauracji Ratuszowej w Strzelcach Opolskich byłby lepszy. Ale naprawdę ten jest na trzecim miejscu w rankingu. W Warszawie nikt nie potrafi takiego zrobić. Nikt.
Przepraszam za zdjęcia, ale Alcatel nie daje rady w ciemnościach.
Kolejną potrawą był krupniok z kapustą zasmażaną. Niebo w gębie. Krupniok to śląska kaszanka. W tym wypadku smażona z kapustą. Znakomite, idealnie klejące się gumiklejze były świetnym dodatkiem do tego dania. Gumiklejze to po prostu kluski śląskie.
Wisienką na torcie była rolada śląska z kluskami. Rozpływająca się ustach, w znakomitym sosie i zajebistymi kluskami była tym czego szukałem tego dnia na Śląsku. Lekki minus za farsz do rolady, który był zbyt mało wyrazisty i jakby zmielony. Nie wiem dlaczego, ale lubię jak z rolady wypadają całe części kiełbasy i ogórków. Tu tak nie było, choć nie rzutuje to na jakość potrawy.
Reasumując wizytę: Karczma Tatrzańska jest git. O ile wytrzyma się przaśny styl knajpki, strój kelnerki (która nota bene była bardzo miła - jak to ślązaczka), muzykę góralską w stylu piłujemy na skrzypcach pół lasu to jedzenie po prostu jest wyśmienite. No i w miarę przystępne cenowo. Naprawdę warto. 6 starów.
Na pierwszy rzut oka Karczma Tatrzańska niczym nie zaskakuje, a wręcz przeciwnie raczej odpycha. Znajduje się na terenie stacji benzynowej i mimo że jest na Górnym Śląsku nazywa się Tatrzańska. No ale knajpy włoskie nie muszą znajdować się w Italii żeby serwować specjały z półwyspu apenińskiego. Gorzej, że architektura budynku naśladuje Tatry i w ogóle caly klimat góralskiej przaśności mocno mnie denerwuje.
Tak czy siak chciałem tam pójść, bo do wizyty namawiała mnie reklama w telewizji regionalnej na Śląsku. Co jak co, ale takiego polecenia nie mogłem zignorować. Tym bardziej, że pan lektor powiedział, że Karczma Tatrzańska oferuje specjały kuchni góralskiej i śląskiej. I ten Śląsk mnie przekonał.
Zaczęliśmy od bardzo dobrego baru sałatkowego (7 zł). A potem zamówiliśmy oczywiście żurek śląski (9 zł) oraz roladę z kluskami śląskimi (19 plus 5 za gumiklejze). Pani Fi wzięła krupniok z kapustą i z kluskami (12 zł plus pięciok za kluski).
Co tu dużo pisać - było fest. Richtig gut - jak by powiedział ślązak. Żurek pierwsza klasa - idealnie kwaśny, dość gęsty, ze znakomita kiełbasą - miód w gębie. Choć oczywiście Żurek domowy w Bytomiu czy w Restauracji Ratuszowej w Strzelcach Opolskich byłby lepszy. Ale naprawdę ten jest na trzecim miejscu w rankingu. W Warszawie nikt nie potrafi takiego zrobić. Nikt.
Przepraszam za zdjęcia, ale Alcatel nie daje rady w ciemnościach.
Kolejną potrawą był krupniok z kapustą zasmażaną. Niebo w gębie. Krupniok to śląska kaszanka. W tym wypadku smażona z kapustą. Znakomite, idealnie klejące się gumiklejze były świetnym dodatkiem do tego dania. Gumiklejze to po prostu kluski śląskie.
Wisienką na torcie była rolada śląska z kluskami. Rozpływająca się ustach, w znakomitym sosie i zajebistymi kluskami była tym czego szukałem tego dnia na Śląsku. Lekki minus za farsz do rolady, który był zbyt mało wyrazisty i jakby zmielony. Nie wiem dlaczego, ale lubię jak z rolady wypadają całe części kiełbasy i ogórków. Tu tak nie było, choć nie rzutuje to na jakość potrawy.
Etykiety:
6 starów,
dobre żarcie,
karczma tatrzańska,
kaszanka,
kluski śląskie,
kobiór,
krupniok z kapustą,
na ludowo,
przaśność,
rolada śląska,
sympatyczna kelnerka,
śląskie żarcie,
żurek,
żurek śląski
środa, 30 kwietnia 2014
Być może... - Warszawa/Śródmieście
Kawiarnia Być może... przy placu Unii Lubelskiej to jedno z nowszych miejsc w stolicy. Wystrój jest podobny do innych nowych knajp - czysto, jasno, z białymi płytkami i ładnymi meblami. Jest tu naprawdę ładnie - aż chce się siedzieć. My wpadliśmy tu tylko na wieczorne ciacho i kawę, ale można tu kupić także kanapki, lunch, świeże pieczywo i takie tam.
Zamówiliśmy bezę orzechową oraz sernik ze śliwką. Porcja 12 zł. Musimy przyznać, że kawałki były wielkie. Być może za wielkie, ale chcieliśmy ciacho to je dostaliśmy.
Druga ważna sprawa: wszystko było bardzo smaczne. Po prostu. Warto było wydać 12 zł na kawałek ciasta. Zarówno beza jak i sernik znakomicie wypełniły naszą wieczorną chęć na coś słodkiego. Tego było nam trzeba. Śliwka w serniku nie ciągnęła się ślimak w sosie własnym, a beza było odpowiednio słodka, a nie zbyt słodka. Co uważam jest bardzo ważne.
Kawa jak kawa - dobra i ładnie podana. Generalnie bez zarzutu, ale też bez zachwytów.
Być może... jako miejsce do spożycia ciacha z kawą dostaje 6 starów. Przepraszam, ale nie mam do czego się przyczepić. Nawet WC było ładne.
Być może sprawdzimy jeszcze Być może w kwestii potraw bardziej wytrawnych.
Zamówiliśmy bezę orzechową oraz sernik ze śliwką. Porcja 12 zł. Musimy przyznać, że kawałki były wielkie. Być może za wielkie, ale chcieliśmy ciacho to je dostaliśmy.
Druga ważna sprawa: wszystko było bardzo smaczne. Po prostu. Warto było wydać 12 zł na kawałek ciasta. Zarówno beza jak i sernik znakomicie wypełniły naszą wieczorną chęć na coś słodkiego. Tego było nam trzeba. Śliwka w serniku nie ciągnęła się ślimak w sosie własnym, a beza było odpowiednio słodka, a nie zbyt słodka. Co uważam jest bardzo ważne.
Kawa jak kawa - dobra i ładnie podana. Generalnie bez zarzutu, ale też bez zachwytów.
Być może... jako miejsce do spożycia ciacha z kawą dostaje 6 starów. Przepraszam, ale nie mam do czego się przyczepić. Nawet WC było ładne.
Być może sprawdzimy jeszcze Być może w kwestii potraw bardziej wytrawnych.
Etykiety:
6 starów,
beza orzechowa,
być może,
fajny klimat,
jest dobrze,
kawa,
kawiarnia,
ładne wnętrze,
plac unii,
sernik ze śliwką,
stare meble,
śródmieście,
warszawa
piątek, 28 lutego 2014
La Scarpetta - Warszawa/Śródmieście
To było miłe zaskoczenie - burgero-kanapkownia La Scarpetta dała radę. Znajdująca się przy ulicy Skorupki - niedaleko Marszałkowskiej i znanego squotu - knajpka oferuje burgery, piadiny, calzone, sałatki i takie tam. Jest również piwo Noteckie (7zł małe - bardzo dobre - jedne z lepszych polskich piw) i Żywiec (8 zł 0,5l).
Wystrój jest bardzo udany - pośrodku jest duży stół za szpuli, pod ścianami mniejsze, a na samych ścianach drewniane kostki lub białe płytki. Miejsca w środku jest niewiele i mimo iż knajpa jest czynna do 22ej to bardziej nadaje się na lunche, małe i krótkie przekąski niż siedzenie godzinami z kumplami przy piwku.
Dobra. Pitu, pitu, a tu trzeba coś zjeść. Tego wieczoru zamówiliśmy najtańszy mięsny produkt w menu czyli klasycznego burgera z kurczakiem za 10 zł. I to jest siła tej knajpki - są tanie przekąski. W innych burgerowniach ceny zaczynają się od 20 zł. Tutaj mamy coś za 9 zł i za 10 zł. I najlepsze jest to, że tani burger był naprawdę dobry. Sympatyczna pani kelnero-barmanko-kucharka wykonała kawał dobrej roboty. Grillowany na naszych oczach kawałek kurczaka był świeży, soczysty i przede wszystkim smaczny. Naprawdę. Jeśli mam iść na zapiexy luxusowe za 12 zł to wolę za taką samą cenę burgera clasic z wołowiną z La Scarpetty. Bez dwóch zdań.
Warto dodać, że pani Fi wzięła tiramisu, które było tak smaczne ze zniknęło w 21 sekund.
Nie sądziłem, że mogę być tak zadowolony z burgerów dlatego spokojnie daję La Scarpecie 6 starów. Dodatkowe punkty zdobyli fajnym wystrojem i Noteckim w ofercie. Jeszcze tu wrócę sprawdzić wołowinę albo piadiny.
Wystrój jest bardzo udany - pośrodku jest duży stół za szpuli, pod ścianami mniejsze, a na samych ścianach drewniane kostki lub białe płytki. Miejsca w środku jest niewiele i mimo iż knajpa jest czynna do 22ej to bardziej nadaje się na lunche, małe i krótkie przekąski niż siedzenie godzinami z kumplami przy piwku.
Dobra. Pitu, pitu, a tu trzeba coś zjeść. Tego wieczoru zamówiliśmy najtańszy mięsny produkt w menu czyli klasycznego burgera z kurczakiem za 10 zł. I to jest siła tej knajpki - są tanie przekąski. W innych burgerowniach ceny zaczynają się od 20 zł. Tutaj mamy coś za 9 zł i za 10 zł. I najlepsze jest to, że tani burger był naprawdę dobry. Sympatyczna pani kelnero-barmanko-kucharka wykonała kawał dobrej roboty. Grillowany na naszych oczach kawałek kurczaka był świeży, soczysty i przede wszystkim smaczny. Naprawdę. Jeśli mam iść na zapiexy luxusowe za 12 zł to wolę za taką samą cenę burgera clasic z wołowiną z La Scarpetty. Bez dwóch zdań.
Warto dodać, że pani Fi wzięła tiramisu, które było tak smaczne ze zniknęło w 21 sekund.
Nie sądziłem, że mogę być tak zadowolony z burgerów dlatego spokojnie daję La Scarpecie 6 starów. Dodatkowe punkty zdobyli fajnym wystrojem i Noteckim w ofercie. Jeszcze tu wrócę sprawdzić wołowinę albo piadiny.
Etykiety:
6 starów,
burger,
fajny klimat,
grillowany kurczak,
la scapetta,
ładne wnętrze,
marszałkowska,
noteckie,
noteckie ciemne,
piadina,
sympatyczna kelnerka,
śródmieście,
tiramisu,
warszawa
poniedziałek, 3 lutego 2014
Bar Prasowy - Warszawa/Śródmieście
Bar Prasowy powinien przystąpić do akcji "Zjeść po ludzku" - tak dobrego żarcia za tak niewielkie pieniądze próżno w stolicy szukać. Jestem absolutnie zakochany w Prasowym. Nie dziwię się, że to miejsce zdobyło Wdechę 2013 za miejsce roku.
W sobotę jak zwykle zjedliśmy tu świetny i tani obiad. Na pierwszy rzut poszła ogórkowa (4,5 zł). Ale jaka ogórkowa? Mmmm... z dużą ilością gadżetów (czytaj warzyw) i mięsem. Gęsta, duża i bardzo smaczna. Palce lizać. Łyżkę też.
Na drugie danie wzięliśmy tzw. danie dnia czyli de wolaj z kaszą lub ziemniakami plus kompot i surówka (17 zł). Drobiowy kotlet nie był tym razem nadziewany masłem tylko pieczrkami z serem i jakąś zieleniną. Był świetny. Przede wszystkim świeży, soczysty, a nadzienie było znakomite. Minus za niezbyt ciepłą kaszę.Pani AM zamówiła inną potrawę: polędwiczki w sosie grzybowym z kaszą. Mówiła, że trzymają poziom. I to za 18zł w zestawie z surówkami i kompotem. Zatwierdzam.
Jak zwykle daję Prasowemu 6 starów. Nie można inaczej. I jeszcze na marginesie - wnętrze Prasowego jest naprawdę w porzo.
Adres: Marszałkowska, niedaleko Litewskiej i Zoli.
W sobotę jak zwykle zjedliśmy tu świetny i tani obiad. Na pierwszy rzut poszła ogórkowa (4,5 zł). Ale jaka ogórkowa? Mmmm... z dużą ilością gadżetów (czytaj warzyw) i mięsem. Gęsta, duża i bardzo smaczna. Palce lizać. Łyżkę też.
Na drugie danie wzięliśmy tzw. danie dnia czyli de wolaj z kaszą lub ziemniakami plus kompot i surówka (17 zł). Drobiowy kotlet nie był tym razem nadziewany masłem tylko pieczrkami z serem i jakąś zieleniną. Był świetny. Przede wszystkim świeży, soczysty, a nadzienie było znakomite. Minus za niezbyt ciepłą kaszę.Pani AM zamówiła inną potrawę: polędwiczki w sosie grzybowym z kaszą. Mówiła, że trzymają poziom. I to za 18zł w zestawie z surówkami i kompotem. Zatwierdzam.
Jak zwykle daję Prasowemu 6 starów. Nie można inaczej. I jeszcze na marginesie - wnętrze Prasowego jest naprawdę w porzo.
Adres: Marszałkowska, niedaleko Litewskiej i Zoli.
Etykiety:
6 starów,
bar,
bar mleczny,
centrum,
de wolaj,
dobre ceny,
dobre żarcie,
fajny klimat,
kasza,
ładne wnętrze,
marszałkowska,
ogórkowa,
polędwiczki,
prasowy,
śródmieście,
tanie żarcie,
zjeść po ludzku
piątek, 31 stycznia 2014
PaństwoMiasto - Warszawa/Muranów
Lubię PaństwoMiasto - pisałem o tym lokalu kiedyś tam (o! tutaj, o!). Knajpka znajduje się na Muranowie przy ulicy Andersa, przed wojną w tym miejscu był pewnie skład bławatny Grubsztajna, teraz mamy ciastko z lat 50. i kilka knajp. Bardzo fajne miejsce, zarówno pod względem wystroju, obsługi jak i oferty kulinarnej.
Ostatnio pisaliśmy o napojach alkoholowych, teraz przyszła pora na jedzenie. Najfajniejsze są oferty lunchowe - za 17 zł do 20 zł dostajemy drugie danie - zawsze do wyboru - jedno mięsne, jedno wegetariańskie. Jest też zupa po 6 - 7 zł - też zazwyczaj wegetariańska (na zdjęciu zupa z białych warzyw). W zestawie chodzi całość po 21 zł. Codziennie na lunch coś innego - na zdjęciach powyżej quesadilla ze szpinakiem i bajerami. Często bywają także makarony (tak jak niżej znakomite penne z kurczakiem i brokułami), sztuki mięsa albo risotto.
No właśnie - risotto. W ofercie stałej są też sałatki, makarony i risotto. W cenach od 21 do 25 zł. Jeszcze nigdy nie spotkałem w PaństwoMiasto gniota. Widać, że szef kuchni wie co robi.
Oprócz lunchów i dań typu makaron lub risotto można tu też zjeść np. tatara wołowego lub śledziowego. Tatar wołowy kosztuje 18 zł i zawsze jest bardzo świeży, co widać po jego kolorze - mięso jest jasne i wygląda spoko. Niestety jest mielony i nie jest go dużo. Ale coś za coś - jest naprawdę smaczny - w osobnej klasyfikacji tatarowej PaństwoMiasto dostaje 5 starów.
To nie koniec oferty PaństwoMiasto - polecamy także ciasta. Ostatnio udało się dorwać naprawdę świetne ciasto anansowe i czekoladowe - palce lizać - wszystko zrobione na miejscu. Tak trzymać.
PaństwoMiasto dostaje ode mnie 6 starów - potrawy są w odpowiedniej cenie, dobre smaku, zawsze oryginalnie przyrządzone i wyśmienicie podane. Oby tak dalej.
Ostatnio pisaliśmy o napojach alkoholowych, teraz przyszła pora na jedzenie. Najfajniejsze są oferty lunchowe - za 17 zł do 20 zł dostajemy drugie danie - zawsze do wyboru - jedno mięsne, jedno wegetariańskie. Jest też zupa po 6 - 7 zł - też zazwyczaj wegetariańska (na zdjęciu zupa z białych warzyw). W zestawie chodzi całość po 21 zł. Codziennie na lunch coś innego - na zdjęciach powyżej quesadilla ze szpinakiem i bajerami. Często bywają także makarony (tak jak niżej znakomite penne z kurczakiem i brokułami), sztuki mięsa albo risotto.
No właśnie - risotto. W ofercie stałej są też sałatki, makarony i risotto. W cenach od 21 do 25 zł. Jeszcze nigdy nie spotkałem w PaństwoMiasto gniota. Widać, że szef kuchni wie co robi.
Oprócz lunchów i dań typu makaron lub risotto można tu też zjeść np. tatara wołowego lub śledziowego. Tatar wołowy kosztuje 18 zł i zawsze jest bardzo świeży, co widać po jego kolorze - mięso jest jasne i wygląda spoko. Niestety jest mielony i nie jest go dużo. Ale coś za coś - jest naprawdę smaczny - w osobnej klasyfikacji tatarowej PaństwoMiasto dostaje 5 starów.
To nie koniec oferty PaństwoMiasto - polecamy także ciasta. Ostatnio udało się dorwać naprawdę świetne ciasto anansowe i czekoladowe - palce lizać - wszystko zrobione na miejscu. Tak trzymać.
PaństwoMiasto dostaje ode mnie 6 starów - potrawy są w odpowiedniej cenie, dobre smaku, zawsze oryginalnie przyrządzone i wyśmienicie podane. Oby tak dalej.
Etykiety:
6 starów,
ciasto ananasowe,
ciasto czekoladowe,
lunch,
ładne wnętrze,
makarony,
muranów,
państwomiasto,
penne z kurczakiem,
quesadilla,
risotto,
sałatki,
śródmieście,
tatar,
tatar wołowy
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































