Trafiliśmy tutaj wracając z zakupów w lubelskim. Transakcja był udana - mieliśmy ze sobą Wartburga, rocznik 1966. Trzeba było to uczcić obiadem w Restauracji u Grubego na trasie numer 7 na odcinku Radom - Białobrzegi Radomskie.
To nie jest zwykła restauracja to fabryka potraw. W wielkiej hali z blachy oprócz restauracji mieści się także market chiński. I trzeba przyznać, że pasuje tu jak nic innego. Generalnie u Grubego to knajpa, w której na raz może być organizowane siedem wesel, dwanaście komunii i chrzciny małego Stasia. Wszyscy się pomieszczą, a nawet nie będą się widzieć dzięki systemowi ohydnych ścianek. Oczywiście oprócz ścianek, stołów i krzeseł mamy do czynienia z dekoracjami typu rokoko '92 oraz błędami architekta amatora. Dajmy na to n samym środku jest wielki skalniak z czymś tam. Wygląda to strasznie i zajmuje cenne miejsce.
Wystrój fatalny, ale to nas nie zniechęciło - jak duża knajpa to jedzenie nie może być straszne. Straszne nie było, ale zachwytów też nie odnotowaliśmy. Ot, zwykłe żarcie na trasie. I wcale nie tanie.
Zamówiłem żurek (7 zł), grillowanego kurczaka z ziemniakami (21 zł) plus woda mineralna (4 zł). Jak już wspomniałem, otruć się nie otrułem, potrawy były poprawne. Żurek całkiem zwykły, z kiełbasą typu kwieciszewo (czyt. najtańszą), mało wyrazisty, ale zjadliwy.
Drugie danie podobne. Kuczak świeży, niezbyt suchy co jest już dużym sukcesem. Jako dodatek zamówiłem młode ziemniaki - a byliśmy tam 1 maja. Trochę to dziwne - młode kartofle w tym okresie, ale jak są młode to trzeba je zamówić - nie ma to tamto. Nie zachwyciły mnie - na pewno były z importu. Właściwie nie smakowały lepiej od starych...
Reasumując Restauracja u Grubego zachwyca typowym mazowieckim folklorem - wielka hala, krzesła przebrane w prześcieradła, złoto i muzyka disco polo w tle. Klimat nie podrobienia. Jedzenie świeże, ale bardzo zwykłe. Nic nadzwyczajnego, dlatego można się tu zatrzymać tylko wtedy kiedy chcemy mieć pewność, że nasza wizyta nie zamieni się w problemy gastryczne pierwszego stopnia. Ale jeśli chcemy zjeść coś naprawdę wyjątkowego trzeba szukać dalej.
A! Zapomniałbym - do klimatu należy dodać zepsuty ekspres do kawy i w związku z tym dostaliśmy kawę plujkę, która jest w cenniku po 4 zł czy coś takiego. 3 stary dla Radomia.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żurek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żurek. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 19 maja 2014
środa, 7 maja 2014
Karczma Tatrzańska - Kobiór
Dieta dietą, ale na majówce trzeba było jakoś przeżyć. Dlatego nazbierało się kilka ciekawych knajp z kraju. Na pierwszy rzut ta najlepsza z majówki: Karczma Tatrzańska z miejscowości Kobiór, na trasie między Katowicami a Cieszynem, a dokładnie między Tychami, a Pszczyną (czy coś takiego).
Na pierwszy rzut oka Karczma Tatrzańska niczym nie zaskakuje, a wręcz przeciwnie raczej odpycha. Znajduje się na terenie stacji benzynowej i mimo że jest na Górnym Śląsku nazywa się Tatrzańska. No ale knajpy włoskie nie muszą znajdować się w Italii żeby serwować specjały z półwyspu apenińskiego. Gorzej, że architektura budynku naśladuje Tatry i w ogóle caly klimat góralskiej przaśności mocno mnie denerwuje.
Tak czy siak chciałem tam pójść, bo do wizyty namawiała mnie reklama w telewizji regionalnej na Śląsku. Co jak co, ale takiego polecenia nie mogłem zignorować. Tym bardziej, że pan lektor powiedział, że Karczma Tatrzańska oferuje specjały kuchni góralskiej i śląskiej. I ten Śląsk mnie przekonał.
Zaczęliśmy od bardzo dobrego baru sałatkowego (7 zł). A potem zamówiliśmy oczywiście żurek śląski (9 zł) oraz roladę z kluskami śląskimi (19 plus 5 za gumiklejze). Pani Fi wzięła krupniok z kapustą i z kluskami (12 zł plus pięciok za kluski).
Co tu dużo pisać - było fest. Richtig gut - jak by powiedział ślązak. Żurek pierwsza klasa - idealnie kwaśny, dość gęsty, ze znakomita kiełbasą - miód w gębie. Choć oczywiście Żurek domowy w Bytomiu czy w Restauracji Ratuszowej w Strzelcach Opolskich byłby lepszy. Ale naprawdę ten jest na trzecim miejscu w rankingu. W Warszawie nikt nie potrafi takiego zrobić. Nikt.
Przepraszam za zdjęcia, ale Alcatel nie daje rady w ciemnościach.
Kolejną potrawą był krupniok z kapustą zasmażaną. Niebo w gębie. Krupniok to śląska kaszanka. W tym wypadku smażona z kapustą. Znakomite, idealnie klejące się gumiklejze były świetnym dodatkiem do tego dania. Gumiklejze to po prostu kluski śląskie.
Wisienką na torcie była rolada śląska z kluskami. Rozpływająca się ustach, w znakomitym sosie i zajebistymi kluskami była tym czego szukałem tego dnia na Śląsku. Lekki minus za farsz do rolady, który był zbyt mało wyrazisty i jakby zmielony. Nie wiem dlaczego, ale lubię jak z rolady wypadają całe części kiełbasy i ogórków. Tu tak nie było, choć nie rzutuje to na jakość potrawy.
Reasumując wizytę: Karczma Tatrzańska jest git. O ile wytrzyma się przaśny styl knajpki, strój kelnerki (która nota bene była bardzo miła - jak to ślązaczka), muzykę góralską w stylu piłujemy na skrzypcach pół lasu to jedzenie po prostu jest wyśmienite. No i w miarę przystępne cenowo. Naprawdę warto. 6 starów.
Na pierwszy rzut oka Karczma Tatrzańska niczym nie zaskakuje, a wręcz przeciwnie raczej odpycha. Znajduje się na terenie stacji benzynowej i mimo że jest na Górnym Śląsku nazywa się Tatrzańska. No ale knajpy włoskie nie muszą znajdować się w Italii żeby serwować specjały z półwyspu apenińskiego. Gorzej, że architektura budynku naśladuje Tatry i w ogóle caly klimat góralskiej przaśności mocno mnie denerwuje.
Tak czy siak chciałem tam pójść, bo do wizyty namawiała mnie reklama w telewizji regionalnej na Śląsku. Co jak co, ale takiego polecenia nie mogłem zignorować. Tym bardziej, że pan lektor powiedział, że Karczma Tatrzańska oferuje specjały kuchni góralskiej i śląskiej. I ten Śląsk mnie przekonał.
Zaczęliśmy od bardzo dobrego baru sałatkowego (7 zł). A potem zamówiliśmy oczywiście żurek śląski (9 zł) oraz roladę z kluskami śląskimi (19 plus 5 za gumiklejze). Pani Fi wzięła krupniok z kapustą i z kluskami (12 zł plus pięciok za kluski).
Co tu dużo pisać - było fest. Richtig gut - jak by powiedział ślązak. Żurek pierwsza klasa - idealnie kwaśny, dość gęsty, ze znakomita kiełbasą - miód w gębie. Choć oczywiście Żurek domowy w Bytomiu czy w Restauracji Ratuszowej w Strzelcach Opolskich byłby lepszy. Ale naprawdę ten jest na trzecim miejscu w rankingu. W Warszawie nikt nie potrafi takiego zrobić. Nikt.
Przepraszam za zdjęcia, ale Alcatel nie daje rady w ciemnościach.
Kolejną potrawą był krupniok z kapustą zasmażaną. Niebo w gębie. Krupniok to śląska kaszanka. W tym wypadku smażona z kapustą. Znakomite, idealnie klejące się gumiklejze były świetnym dodatkiem do tego dania. Gumiklejze to po prostu kluski śląskie.
Wisienką na torcie była rolada śląska z kluskami. Rozpływająca się ustach, w znakomitym sosie i zajebistymi kluskami była tym czego szukałem tego dnia na Śląsku. Lekki minus za farsz do rolady, który był zbyt mało wyrazisty i jakby zmielony. Nie wiem dlaczego, ale lubię jak z rolady wypadają całe części kiełbasy i ogórków. Tu tak nie było, choć nie rzutuje to na jakość potrawy.
Etykiety:
6 starów,
dobre żarcie,
karczma tatrzańska,
kaszanka,
kluski śląskie,
kobiór,
krupniok z kapustą,
na ludowo,
przaśność,
rolada śląska,
sympatyczna kelnerka,
śląskie żarcie,
żurek,
żurek śląski
środa, 30 kwietnia 2014
Amatorska - Warszawa/Śródmieście
W Amatorskiej już byliśmy. O tutaj. Jak już pisałem lubię tę knajpę - głównie za klimat. Tym razem zamówiłem danie dnia czyli żurek i klopsiki za 20 zł. Siłą Amatorskiej jest to, że oferta dnia jest dostępna do wyczerpania zapasów danej potrawy. Fajnie, bo większość knajp lunch sprzedaje do 16tej, a potem jedz pan dania z karty za pincet.
Niestety obiad był dość średni. Zresztą czego się spodziewać po klopsikach? Czy istnieją w ogóle dobre klopsy? Chyba tak - w Szwecji. W Polsce zazwyczaj to jest kawał rozgotowanego mięsa, bez smaku i charakteru. W tym wypadku było podobnie, choć nie aż tak źle. Sos był dobry, ziemniaki też w miarę. Surówka typowa i nijaka.
Żurek zdecydowanie lepszy - wyrazisty i kwaśny. Trochę brakowało dobrej kiełbasy w środku.
Reasumując: trafiłem na niezbyt szczęśliwą potrawę, która rzadko mi smakuje. Żurek dobry, ale bez euforii. Oferta 20 zł na Nowym Świecie za dwa dania świetna - choćby za to należy się czwórka.
Niestety obiad był dość średni. Zresztą czego się spodziewać po klopsikach? Czy istnieją w ogóle dobre klopsy? Chyba tak - w Szwecji. W Polsce zazwyczaj to jest kawał rozgotowanego mięsa, bez smaku i charakteru. W tym wypadku było podobnie, choć nie aż tak źle. Sos był dobry, ziemniaki też w miarę. Surówka typowa i nijaka.
Żurek zdecydowanie lepszy - wyrazisty i kwaśny. Trochę brakowało dobrej kiełbasy w środku.
Reasumując: trafiłem na niezbyt szczęśliwą potrawę, która rzadko mi smakuje. Żurek dobry, ale bez euforii. Oferta 20 zł na Nowym Świecie za dwa dania świetna - choćby za to należy się czwórka.
piątek, 10 stycznia 2014
Zajazd Chata Romana - Mirowszczyzna
Wypada jeszcze napisać gdzie jest Mirowszczyzna. Jest to mała wieś przy drodze krajowej numer 43 (trasa na Kluczbork/Namysłów) w powiecie oleskim w województwie opolskim. Niedaleko znajduje się siedziba gminy czyli miejscowość Rudniki.
Dobra - a teraz zajrzyjmy do karty. Nic specjalnego: zupy, drugie dania - standard. Poproszę bramkę numer 2 czyli zestaw numer 2 czyli żurek plus filet z kurczaka z ziemniakami i jakąś nijaką surówką. Trzeba przyznać, że porcje są dość duże, ale co z tego? Żurek nie był zły, niestety został zepsuty kiełbasą typu Kwieciszewo.
/Kiełbasa Kwieciszewo to wędlina z cyklu: "6zł/kg w Biedronce", której bliżej do parówek niż kiełbasy. Najgorszy sort - smakuje jak papier zmielony z kartonem. Kiedyś podobną jedliśmy w miejscowości Kwieciszewo i tak już zostało./
Drugie danie - dość standardowe czyli przyzwoity, świeży filet z kurczaka, z nijakimi ziemniakami z wody oraz jakąś tam surówką. Cały zestaw kosztował 16 złotych, więc całkiem tanio. Reszta ekipy miała podobne zdanie o knajpce. Najgorsza była chyba sałatka z kurczaka, która oferowała jakiś niesmaczny biały sos w sałacie. Ble... Sałatka na styl polski - dużo sosu i składników bez sensu byleby były warzywami.
Na zdjęciu nie ma kurczaka - jest mintaj, bo kurczak wyszedł niewyraźny. Mintaj też był tylko poprawny. A jak się jest tylko poprawnym to dostaje się tróje, często na szynach. Zatem Chata Romana dostaje 3 stary.
Plus za dobre ceny i w miarę świeże mięso. Raczej się tu nie zatrujemy i na pewno swoje zjemy. Gorzej z okolicznościami przyrody - bo wnętrze jest wyjątkowo kiczowate. Nie najlepiej jest też z dodatkami czyli surówkami, ziemniakami czy kiełbasą z żurku - są nijakie, słabe smakowo i jakościowo.
Etykiety:
3 stary,
biały sos,
chata romana,
kicz,
kiełbasa,
kiełbasa kwieciszewo,
kurczak,
lata 90.,
mintaj,
mirowszczyzna,
na ludowo,
opolskie,
sałatka z kurczaka,
tanie żarcie,
ziemniaki,
żurek
Centrum Zarządzania Światem - Warszawa/Stara Praga
Centrum Zarządzania Światem to miła, bardzo fajnie urządzona knajpka na Starej Pradze. Mieści się w przepięknej Kamienicy Pod Sowami przy Okrzei 26 (róg Jagiellońskiej). Lokal ma dwa poziomy, jak byliśmy tu pierwszy raz to na dolnym odbywały się lekcje tanga. Wszystko urządzone jest bardzo fajnie, jest cegła, ciekawe dodatki, wszędobylskie logo lokalu i szatnia za siatką jak w szkole podstawowej.
Menu jest codziennie inne. Znaczy... Zasadniczo. Są pewne żelazne punkty jak placek alzacki w różnych wersjach. My wybraliśmy jednak coś z oferty dnia czyli żurek za 6 zł oraz penne z kurczakiem za 24 zł. Do tego woda Kinga Pienińska za 6 zł i herbata za 10 zł. Zanim zjedliśmy ustaliliśmy, iż na herbacie knajpy mają największy zarobek. I gdyby klienci zamawiali tylko ten napój (a najlepiej 10 na jeden wieczór) to właściciele barów byliby wniebowzięci. Co najmniej jak kiedyś Himilsbach i Maklakiewicz.
Przejdźmy od słów do czynów. Zjedzmy ten cholerny Żurek. Był całkiem dobry i jak na modną knajpę w Warszawie za cenę 6 blach dostaliśmy solidny talerz zupy. Był kwaśny, dobrze przyprawiony, a wędlina pływająca w środku była z najwyższej półki. Duży plus.
A co z penne z kurczaka? Jak na 24 zł było go niewiele, ale z drugiej strony ile można zjeść penne? Kurczak chował się gdzieś na dole. Całość była przykryta dobrym, dojrzałym serem oraz suszonymi pomidorami. Potrawa bardzo mi smakowała, generalnie mogłoby być więcej mięsa. Fajna potrawa w fajnym miejscu.
Warto jeszcze dodać, iż lokal ma jeszcze dość duży wybór alkoholi i jest to także ciekawe miejsce na wieczorne wypady na piwo czy drinka.
CZŚ dostanie ode mnie 5 starów, głównie ze względu na wysokie ceny drugich dań, bo inne rzeczy jak i jakość potraw, sympatyczna pani kelner i wystrój wnętrza były na wysokim poziomie.
Menu jest codziennie inne. Znaczy... Zasadniczo. Są pewne żelazne punkty jak placek alzacki w różnych wersjach. My wybraliśmy jednak coś z oferty dnia czyli żurek za 6 zł oraz penne z kurczakiem za 24 zł. Do tego woda Kinga Pienińska za 6 zł i herbata za 10 zł. Zanim zjedliśmy ustaliliśmy, iż na herbacie knajpy mają największy zarobek. I gdyby klienci zamawiali tylko ten napój (a najlepiej 10 na jeden wieczór) to właściciele barów byliby wniebowzięci. Co najmniej jak kiedyś Himilsbach i Maklakiewicz.
Przejdźmy od słów do czynów. Zjedzmy ten cholerny Żurek. Był całkiem dobry i jak na modną knajpę w Warszawie za cenę 6 blach dostaliśmy solidny talerz zupy. Był kwaśny, dobrze przyprawiony, a wędlina pływająca w środku była z najwyższej półki. Duży plus.
A co z penne z kurczaka? Jak na 24 zł było go niewiele, ale z drugiej strony ile można zjeść penne? Kurczak chował się gdzieś na dole. Całość była przykryta dobrym, dojrzałym serem oraz suszonymi pomidorami. Potrawa bardzo mi smakowała, generalnie mogłoby być więcej mięsa. Fajna potrawa w fajnym miejscu.
Warto jeszcze dodać, iż lokal ma jeszcze dość duży wybór alkoholi i jest to także ciekawe miejsce na wieczorne wypady na piwo czy drinka.
CZŚ dostanie ode mnie 5 starów, głównie ze względu na wysokie ceny drugich dań, bo inne rzeczy jak i jakość potraw, sympatyczna pani kelner i wystrój wnętrza były na wysokim poziomie.
Etykiety:
5 starów,
alkohole,
centrum zarządzania światem,
dobre piwo,
dobre żarcie,
drogie żarcie,
herbata,
kinga pienińska,
ładne wnętrze,
penne z kurczakiem,
stara praga,
warszawa,
żurek
Restauracja Ratuszowa - Strzelce Opolskie
Czasem warto jest wrócić do dobrej knajpy. Często można się tam poczuć jak w domu.Tym bardziej, że Ratuszowa wykonała kawał solidnej roboty. Zupełnie jakby lokal odwiedziła pani Gessler albo jakiś magik. Tutaj mój pierwszy wpis o Ratuszowej: Restauracja Ratuszowa.
Jak poprzednio byliśmy w Strzelcach Opolskich oglądać Simkę był rok 2007 lub 2008. Od tego czasu wiele się zmieniło. Oczywiście oprócz jednego - znów byliśmy na Opolszczyźnie w sprawach motoryzacyjnych - tym razem byliśmy w trakcie barańskiej wersji Rajdu Paryż Dakar i podróżowaliśmy Wartburgiem 353 z 1983 roku. Ratuszowa była żelaznym punktem podróży i trzeba przyznać, że rdza ją jeszcze nie ruszyła (w przeciwieństwie do naszego Wartburga).
Na początek zdziwił nas wygląd knajpy. Logo, kanapy, skóry, fototapety, "czterdziestu" kelnerów i zapełnione sale po brzegi. Ostatnio wyglądało to o wiele gorzej. Trzeba przyznać, ze nowy wystrój nie zbyt pasowałby do knajpek Saskiej Kępy czy Żoliborza, w przypadku Ratuszowej jest to raczej małomiasteczkowa wersja elegancji. Dużo brązów i beży. No trudno - i tak jest lepiej niż było.
Zamówiliśmy dania typowo śląskie - żurek (7 zł) i roladę z kluskami i czerwoną kapustą zasmażaną (28 zł). Tylko koleżanka Fi wyłamała się pieczoną kaczką z jabłkami i sosem rodzynkowym (34 zł). Ceny nie są może na niskim poziomie, szczególnie jak na małą miejscowość powiatową, ale ilość ludzi w lokalu mówiła sama za siebie.
Rzeczywiście. Jakość potraw była jak ostatnio na bardzo wysokim poziomie. Żurek przyniesiono na osobnych talerzo-czymś. Dopiero z tych naczyń nalewało się zupę do talerza właściwego. Sama zupa była odpowiednio kwaśna, a wędlina w niej pływająca była dobrej jakości. Palce lizać.
Nie inaczej było z drugim daniem. Kluski śląskie czyli tzw. gumiklejze były odpowiednio miękkie, a mięso w roladzie aż rozpływało się u ustach. Zaś kapusta zasmażana była majstersztykiem. Myślę, że takie potrawy jedzono kiedyś na Śląsku. Poczułem się jak hajer przodowy. Potrawa wręcz idealna. Podobnie było z kaczką - miękkie mięso, idealnie wypieczone plus wyśmienite gumiklejze. Czy mogę prosić o powtórkę?
Restauracja Ratuszowa potwierdza dobrą jakość i warto tam podjechać zawsze kiedy jest się w okolicy. Po remoncie trochę się pozmieniało - jest schludniej i ładniej. Widać, że za knajpę wziął sie ktoś z głową na karku. Oby tak dalej. 6 starów.
Jak poprzednio byliśmy w Strzelcach Opolskich oglądać Simkę był rok 2007 lub 2008. Od tego czasu wiele się zmieniło. Oczywiście oprócz jednego - znów byliśmy na Opolszczyźnie w sprawach motoryzacyjnych - tym razem byliśmy w trakcie barańskiej wersji Rajdu Paryż Dakar i podróżowaliśmy Wartburgiem 353 z 1983 roku. Ratuszowa była żelaznym punktem podróży i trzeba przyznać, że rdza ją jeszcze nie ruszyła (w przeciwieństwie do naszego Wartburga).
Na początek zdziwił nas wygląd knajpy. Logo, kanapy, skóry, fototapety, "czterdziestu" kelnerów i zapełnione sale po brzegi. Ostatnio wyglądało to o wiele gorzej. Trzeba przyznać, ze nowy wystrój nie zbyt pasowałby do knajpek Saskiej Kępy czy Żoliborza, w przypadku Ratuszowej jest to raczej małomiasteczkowa wersja elegancji. Dużo brązów i beży. No trudno - i tak jest lepiej niż było.
Zamówiliśmy dania typowo śląskie - żurek (7 zł) i roladę z kluskami i czerwoną kapustą zasmażaną (28 zł). Tylko koleżanka Fi wyłamała się pieczoną kaczką z jabłkami i sosem rodzynkowym (34 zł). Ceny nie są może na niskim poziomie, szczególnie jak na małą miejscowość powiatową, ale ilość ludzi w lokalu mówiła sama za siebie.
Rzeczywiście. Jakość potraw była jak ostatnio na bardzo wysokim poziomie. Żurek przyniesiono na osobnych talerzo-czymś. Dopiero z tych naczyń nalewało się zupę do talerza właściwego. Sama zupa była odpowiednio kwaśna, a wędlina w niej pływająca była dobrej jakości. Palce lizać.
Nie inaczej było z drugim daniem. Kluski śląskie czyli tzw. gumiklejze były odpowiednio miękkie, a mięso w roladzie aż rozpływało się u ustach. Zaś kapusta zasmażana była majstersztykiem. Myślę, że takie potrawy jedzono kiedyś na Śląsku. Poczułem się jak hajer przodowy. Potrawa wręcz idealna. Podobnie było z kaczką - miękkie mięso, idealnie wypieczone plus wyśmienite gumiklejze. Czy mogę prosić o powtórkę?
Restauracja Ratuszowa potwierdza dobrą jakość i warto tam podjechać zawsze kiedy jest się w okolicy. Po remoncie trochę się pozmieniało - jest schludniej i ładniej. Widać, że za knajpę wziął sie ktoś z głową na karku. Oby tak dalej. 6 starów.
Etykiety:
6 starów,
czerwona kapusta zasmażana,
dobre żarcie,
gumiklejze,
kaczka z jabłkami,
kluski śląskie,
ratuszowa,
restauracja,
rolada śląska,
strzelce opolskie,
śląsk,
śląskie żarcie,
żurek
sobota, 21 grudnia 2013
Cafe PRL - Warszawa/Jelonki
Do Cafe PRL trafiliśmy przypadkowo, tak jak przypadkowo jest dobrany wystrój miejsca. Zasadniczo cieszymy się, że tam trafiliśmy - takie miejsca powinno się opisywać w National Geographic, a nie jakieś kurorty za pincet pincetów.
Cafe PRL to jakby zwykła osiedlowa mordowania - nic ciekawego - jest telewizor, głośna muzyka, kiepski wystrój i tanie piwo. Knajpa znajduje się w starym pawilonie pośrodku blokowiska. Wcześniej była tu piekarnia, moi koledzy pamiętają jak stało się tu w kolejce by kupić bułkę wrocławską. Po wejściu myśleliśmy, że knajpka jest mała - w pomieszczeniu było kilka stolików, bar zbudowany z byle czego, a ściany były oblepione starymi gazetami. - Standard - pomyśleliśmy. Po jakimś czasie okazało się, że koło baru jest przejście do dalszej części knajpy. Nie wiem jak inni, ale ja byłem w szoku. Za ścianą było wielkie pomieszczenie (200-300 m2) z bilardem, miejscem do tańczenia i kilkoma stolikami. Była też meblościanka z komputerem, z którego puszczano muzykę na YouTube. Właścicielka pozwoliła nam nawet coś puścić, więc włączyliśmy Polish Funk - bardzo pasowało do klimatu. Po paru kawałkach przyszedł właściciel wyglądający jak przeciętny kibic Legii i stwierdził, że tego naszego nie da słuchać i włączył Szczepanika, Niemena itd. Spoko. Po eleganckim zestawie dresów, w które był ubrany ów gość myśleliśmy, że będzie gorsza muzyka.
Kończąc opis knajpy muszę wspomnieć o kolejnej sali z ping pongiem (!) oraz jeszcze jednej, małej kameralnej w jakiejś przybudówce. Zresztą przenieśliśmy się tam po tym jak pan w dresie zaczął puszczać Cher. Oczywiście muzyka musiała być coraz głośniejsza, bo w Polsce radio musi napierdalać tak, że nie da się rozmawiać. Mała salka była dość oryginalna, bo najprawdopodobniej właścicielom skończyły się fajne gazety i ściany oblepili gazetkami reklamowymi Auchana i Media Markt oraz Super Ekspressem. Przypadkowość wszystkiego w tej knajpie była niesamowita - pod ścianą stał kawałek pleksi, ze ścian wystawały jakieś rurki, a krzesła zostały chyba zabrane ze śmietnika,
Przejdźmy zatem do menu. Głównym produktem w barze jest alkohol. Wóda, piwo i tyle. Duże piwo typu Królewskie kosztuje 6 zł czyli całkiem tanio. Niestety nie było żadnego piwa, które da się wypić - same Warki, Żywce i Królewskie. Zapytałem o coś do jedzenia - był żurek i śledzik. Wybrałem zupę za 5 złotych.
Muszę przyznać, że nie była taka zła jak można było się spodziewać. Był to standardowy żurek z białą kiełbasą, której nawet było kilka kawałków. Taki standard baru mlecznego albo baru szybkiej obsługi przy trasie Warszawa - Katowice. Całkiem dobrze. Naprawdę.
Najśmieszniejsze jest to, że żurek podano w takim samym naczyniu co stojąca na naszym stoliku popielniczka. Zresztą były dwie popielniczki - sosieterka z Pizzy Hut i talerz do zupy. Dość osobliwe podejście do podawanych potraw - marketing na wysokim poziomie.
Duży minus należy się za możliwość palenia w lokalu - nienawidzę takich miejsc.
Podsumowując: Cafe PRL to przypadkowy zestaw mebli, w dziwnym miejscu - całość wyposażenia wnętrz mogło kosztować jakieś 25 zł. Gazety powieszone na ścianach zamiast robić klimat oferują nam znicz za 1,35 PLN w Auchanie. Muzyka napierdala, a w barze nie ma ani jednego dobrego piwa. Do tego możesz pograć w ping ponga. Miejsce naprawdę jest dziwne, ale z drugiej strony czego się spodziewać po mordowni na blokowisku? Aha byliśmy tu zimą i nie było ogrzewania - tylko piecyki gazowe lub elektryczne - toteż dziewczyny zmarzły już po 3 minutach.
Zasadniczo powinienem dać zero starów, ale żurek był zjadliwy, a ceny normalne. Właściciele zrobili coś z niczego i na miarę blokowiska na Jelonkach - w tym miejscu nie trzeba nic lepszego, dlatego daję jednego stara.
Adres: Warszawa, ul. Okrętowa - obleśny PRL-owski pawilon.
Cafe PRL to jakby zwykła osiedlowa mordowania - nic ciekawego - jest telewizor, głośna muzyka, kiepski wystrój i tanie piwo. Knajpa znajduje się w starym pawilonie pośrodku blokowiska. Wcześniej była tu piekarnia, moi koledzy pamiętają jak stało się tu w kolejce by kupić bułkę wrocławską. Po wejściu myśleliśmy, że knajpka jest mała - w pomieszczeniu było kilka stolików, bar zbudowany z byle czego, a ściany były oblepione starymi gazetami. - Standard - pomyśleliśmy. Po jakimś czasie okazało się, że koło baru jest przejście do dalszej części knajpy. Nie wiem jak inni, ale ja byłem w szoku. Za ścianą było wielkie pomieszczenie (200-300 m2) z bilardem, miejscem do tańczenia i kilkoma stolikami. Była też meblościanka z komputerem, z którego puszczano muzykę na YouTube. Właścicielka pozwoliła nam nawet coś puścić, więc włączyliśmy Polish Funk - bardzo pasowało do klimatu. Po paru kawałkach przyszedł właściciel wyglądający jak przeciętny kibic Legii i stwierdził, że tego naszego nie da słuchać i włączył Szczepanika, Niemena itd. Spoko. Po eleganckim zestawie dresów, w które był ubrany ów gość myśleliśmy, że będzie gorsza muzyka.
Kończąc opis knajpy muszę wspomnieć o kolejnej sali z ping pongiem (!) oraz jeszcze jednej, małej kameralnej w jakiejś przybudówce. Zresztą przenieśliśmy się tam po tym jak pan w dresie zaczął puszczać Cher. Oczywiście muzyka musiała być coraz głośniejsza, bo w Polsce radio musi napierdalać tak, że nie da się rozmawiać. Mała salka była dość oryginalna, bo najprawdopodobniej właścicielom skończyły się fajne gazety i ściany oblepili gazetkami reklamowymi Auchana i Media Markt oraz Super Ekspressem. Przypadkowość wszystkiego w tej knajpie była niesamowita - pod ścianą stał kawałek pleksi, ze ścian wystawały jakieś rurki, a krzesła zostały chyba zabrane ze śmietnika,
Przejdźmy zatem do menu. Głównym produktem w barze jest alkohol. Wóda, piwo i tyle. Duże piwo typu Królewskie kosztuje 6 zł czyli całkiem tanio. Niestety nie było żadnego piwa, które da się wypić - same Warki, Żywce i Królewskie. Zapytałem o coś do jedzenia - był żurek i śledzik. Wybrałem zupę za 5 złotych.
Muszę przyznać, że nie była taka zła jak można było się spodziewać. Był to standardowy żurek z białą kiełbasą, której nawet było kilka kawałków. Taki standard baru mlecznego albo baru szybkiej obsługi przy trasie Warszawa - Katowice. Całkiem dobrze. Naprawdę.
Najśmieszniejsze jest to, że żurek podano w takim samym naczyniu co stojąca na naszym stoliku popielniczka. Zresztą były dwie popielniczki - sosieterka z Pizzy Hut i talerz do zupy. Dość osobliwe podejście do podawanych potraw - marketing na wysokim poziomie.
Duży minus należy się za możliwość palenia w lokalu - nienawidzę takich miejsc.
Podsumowując: Cafe PRL to przypadkowy zestaw mebli, w dziwnym miejscu - całość wyposażenia wnętrz mogło kosztować jakieś 25 zł. Gazety powieszone na ścianach zamiast robić klimat oferują nam znicz za 1,35 PLN w Auchanie. Muzyka napierdala, a w barze nie ma ani jednego dobrego piwa. Do tego możesz pograć w ping ponga. Miejsce naprawdę jest dziwne, ale z drugiej strony czego się spodziewać po mordowni na blokowisku? Aha byliśmy tu zimą i nie było ogrzewania - tylko piecyki gazowe lub elektryczne - toteż dziewczyny zmarzły już po 3 minutach.
Zasadniczo powinienem dać zero starów, ale żurek był zjadliwy, a ceny normalne. Właściciele zrobili coś z niczego i na miarę blokowiska na Jelonkach - w tym miejscu nie trzeba nic lepszego, dlatego daję jednego stara.
Adres: Warszawa, ul. Okrętowa - obleśny PRL-owski pawilon.
Etykiety:
1 star,
bar,
bemowo,
bilard,
dziwne miejsce,
gazetki ścienne,
jelonki,
kiepskie piwo,
królewskie,
można palić,
muzyka,
ping pong,
piwo,
popielniczka,
prl,
przypadkowość,
śledzik,
tanie piwo,
warszawa,
żurek
Restauracja Ratuszowa - Strzelce Opolskie
Do Strzelców Opolskich wybraliśmy się obejrzeć Simkę 1309, która była oferowana gdzieś na przedmieściach miasta. Niestety wóz okazał się być szrotem i byliśmy nieco zniesmaczeni naszą wycieczką.
W związku z tym, iż Strzelce Opolskie znajdują się między Opolem, a Gliwicami mieliśmy za sobą kilka godzin podróży, zatem należało coś zjeść. Jak zwykle w takich miejscowościach jest z tym problem, gdyż wszyscy jedzą w domach, więc standardowe restauracje nie istnieją. Zazwyczaj można wybrać między obleśną pizzerią dla młodzieży albo miejscem na wesela i chrzciny w stylu rokoko. Jedyną szansą na dobre jedzenie może być jeszcze nie zbankrutowana restauracja z czasów PRL. Tak było i tym razem - na rynku znaleźliśmy Restaurację Ratuszową. Takie miejsca mają to do siebie, że jedzenie będzie tam albo wyjątkowo fatalne i niezjadliwe, albo wyśmienite.
Na szczęście w tym wypadku byliśmy pozytywnie zaskoczeni, choć na początku nie było łatwo, bowiem po wejściu przywitał nas fatalny wystrój z lat 90. oraz miejscowi kolesie pijący piwo. - Ciekawe czy w ogóle można tu coś zjeść? - pomyśleliśmy. Na szczęście pani kelnerka poinformowała nas, że wszystko jest dostępne i że będzie git. No i było. Zamówiliśmy standardowy zestaw typu żurek i schabowy z ziemniakami. Jedzenie było pyszne. Jak u mamy albo nawet babci. Żurek był w śląskim stylu - kwaśny i bardzo smaczny. Drugie danie było również świetne i świeże. Od tej pory, a było to z 5 lat temu, Restauracja Ratuszowa jest naszym numerem jeden wśród lokalnych knajp w małych miejscowościach i stawiamy ją za wzór dobrego żarcia. Mimo kiepskiego wystroju i klimatu lat 90. daję Ratuszowej 6 starów - takiego żarcia nie ma nigdzie indziej.
Zdjęcie pochodzi z Google Street View.
W związku z tym, iż Strzelce Opolskie znajdują się między Opolem, a Gliwicami mieliśmy za sobą kilka godzin podróży, zatem należało coś zjeść. Jak zwykle w takich miejscowościach jest z tym problem, gdyż wszyscy jedzą w domach, więc standardowe restauracje nie istnieją. Zazwyczaj można wybrać między obleśną pizzerią dla młodzieży albo miejscem na wesela i chrzciny w stylu rokoko. Jedyną szansą na dobre jedzenie może być jeszcze nie zbankrutowana restauracja z czasów PRL. Tak było i tym razem - na rynku znaleźliśmy Restaurację Ratuszową. Takie miejsca mają to do siebie, że jedzenie będzie tam albo wyjątkowo fatalne i niezjadliwe, albo wyśmienite.
Na szczęście w tym wypadku byliśmy pozytywnie zaskoczeni, choć na początku nie było łatwo, bowiem po wejściu przywitał nas fatalny wystrój z lat 90. oraz miejscowi kolesie pijący piwo. - Ciekawe czy w ogóle można tu coś zjeść? - pomyśleliśmy. Na szczęście pani kelnerka poinformowała nas, że wszystko jest dostępne i że będzie git. No i było. Zamówiliśmy standardowy zestaw typu żurek i schabowy z ziemniakami. Jedzenie było pyszne. Jak u mamy albo nawet babci. Żurek był w śląskim stylu - kwaśny i bardzo smaczny. Drugie danie było również świetne i świeże. Od tej pory, a było to z 5 lat temu, Restauracja Ratuszowa jest naszym numerem jeden wśród lokalnych knajp w małych miejscowościach i stawiamy ją za wzór dobrego żarcia. Mimo kiepskiego wystroju i klimatu lat 90. daję Ratuszowej 6 starów - takiego żarcia nie ma nigdzie indziej.
Zdjęcie pochodzi z Google Street View.
Etykiety:
6 starów,
babcia,
dobre żarcie,
lata 90.,
opolskie,
prl,
ratuszowa,
restauracja,
rynek,
schabowy,
simca,
strzelce opolskie,
śląsk,
śląskie żarcie,
żurek
Lokalizacja:
Strzelce Opolskie, Polska
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















